Reminiscencje z wyjazdu „Gorgany 2005”

„Aby wypełnić ludzkie serce 
                                                                                                         wystarczy walka prowadząca ku szczytom”.
        
                                                                                                                                          /Albert Camus
/

 GORGANY 2005

          Piątek, 27 maj godz. 337. Żegnamy Tarnów na 9, może 10 dni. Pociąg zawozi nad do Przemyśla, tam ostatnie zakupy i busem podążamy do granicy polsko-ukraińskiej w Medyce-Mościskach. Z granicy (wykorzystując ten sam środek transportu) przez Lwów, Stryj docieramy do Kołoczawy – miejscowości skąd wychodzimy w góry. Cieszy nas piękna pogoda i to, że podróż zajęła tylko 14 godzin. Rozbijamy pierwszy biwak w środku wsi za rzeką, u podnóży Połoniny Krasnej, na którą jutro będziemy się wdrapywać. Miejsce byłoby wielce urocze, tylko za dużo tych pustych PET-ów po napojach. Wieczorem płonie pierwsze ognisko i gryzą nas pierwsze muszki! Nieśmiało trochę piosenek.
          Następnego dnia budzi nas piękne słońce. Śniadanie, pakowanie i w towarzystwie dwóch uroczych Kołoczawianek naszych chwilowych przewodniczek, wyruszamy po zboczu Połoniny Krasnej w kierunku grani. Dziewczęta tylko dziwią się, czemu my tak wolno. No cóż, nasze plecaki prócz tego, że są wysokie i ważą po ok. 20 kg, to z każdym krokiem w górę wydają się ważyć coraz więcej 30, 40, 50, 100… kg.
          Do pokonania mamy 1000-metrową różnicę poziomów. Po wyjściu z lasu na połoninę żegnamy dziewczęta i już sami podążamy pod górę w pełnym słońcu ku najwyższemu szczytowi tej części połoniny, (Topaz –1535 m), na którym króluje kilkudziesięciometrowa metalowa wieża, dawniej zapewne służąca radzieckim i ukraińskim wojskom, obecnie stojąca bezużytecznie na wyplantowanym szczycie. Dziś służy jedynie jako punkt orientacyjny przy podziwianiu panoram ukraińskich gór. Wieżę tę pamiętają nasi koledzy, którzy w czasach sowieckich odwiedzali te strony, pamiętają również porzucone na grani półtorametrowej średnicy metalowe rury, w których można się skryć podczas deszczu, w czasie burzy tylko raz! Rury leżą, a jakże! Chyba na wypadek awarii rurociągu, który trzeba było poprowadzić samymi szczytami połonin! Czas zaleczył trawą, kwiatami szramę po wykopie i tylko leżący złom szpeci otoczenie. Maszerujemy na wschód mając po lewej ręce piękne i potężne masywy Strimby, Darwajki i Piskonii, po których w następnych dniach zamierzamy wędrować. Póki co, odgłosy nadchodzącej burzy spędzają nas z grani na Przełęcz Przysłop. Na szczęście skończyło się na strachu. Rozbijamy następny biwak w pobliżu „łazienki”, którą tym razem musi zastąpić nam strumyk. Są i niewidzialne muszki-meszki, które mają swoje ulubione osoby. Ta miłość objawia się czerwonymi bąblami na odkrytych częściach ciała. I jak tu skorzystać z ubikacji za krzaczkiem? Trochę i opalenizna daje się we znaki. Zjadamy kolację – każdy cieszy się, że plecak zelżał o kolejne 15-20 dag – milkną chichy w namiotach. Noc.
          Niedziela wita nas pięknym słońcem – obowiązkowe czynności i wyruszamy na Strimbę 1723m npm – pierwszy z naszych gorgańskich szczytów. Po drodze spotykamy dwójkę turystów. Jak się później okaże, następnych ludzi spotkamy dopiero w czwartek w południe. Rozpoczyna się żmudne podejście (tym razem tylko około 900 m różnicy poziomów). Do tego dochodzi szukanie i wybór ścieżki, która w dolnej partii masywu jest jeszcze widoczna. Wyżej te ścieżki najczęściej zanikają. Mała Strimba wita nas łachami śniegu. Jego białe plamy urozmaicają panoramę. Jeszcze tylko 200 m., ale trzeba przedrzeć się przez, na szczęście, wąski pas kosodrzewiny i Strimba nasza! Obowiązkowo dyżurny fotograf robi nam zdjęcia na szczycie i szybko uciekamy stromo w dół, bo słońce niemiłosiernie praży. Schodzimy ostrą granią w coraz gęściejsze zarośla, chwilka na obiad (kęsy chleba, konserwa – wersja ekstra! lub zupka chińska) i dalejże! W oddali odgłos burzy! Więc akcja: polanka i woda. Pośpiech, bo grzmoty tuż, tuż. Rozbijamy namioty, gdzie kto może. Burza zakpiła z nas i tym razem i znowu przeszła bokiem. Mówią, że do trzech razy sztuka. Nie wszyscy będą ten nocleg chwalić – niektórym trafiły się garby i wykroty pod plecami. I meszki też były!
          Poniedziałek zaczął się piękną pogodą. Poranne codzienne czynności, panowie jeszcze zadbali o uzupełnienie wody i plecaki na plecy – wyruszamy. Bez ścieżki – na przełaj przez las na Peredną II. A to trafi się zwalony pień, to nisko zwisające gałęzie, to kałuża, jakieś krzewy – niestety, nie ma grzybów. Borowina dopiero kwitnie. Tylko szczawik zajęczy (zajczykowa kapusta po ukraińsku) dostarcza trochę błonnika i orzeźwia usta. Dziś mamy dojść w miejsce, z którego jutro zrobimy skok w bok na Darwajkę i Piskonię. Jest piękna polana, w pobliżu „łazienka”. Dość wcześnie rozbijamy namioty na zboczu Perednej – mamy piękny widok na rozległą dolinę. Nagle nad tą doliną pojawia się maleńka chmurka a za pół godziny rozegra się tu burza jak z mickiewiczowskiego opisu. Siedzimy w namiotach. Deszcz wali w ich tropiki – nie można podsłuchiwać rozmów sąsiadów. Pod wieczór żywioł cichnie – nad doliną teatr mgieł, chmur, prześwitów słońca, kolorów widnokręgu. Żadnych słupów energetycznych, telefonicznych czy innej cywilizacji – jest na co popatrzeć. Noc zapowiada się spokojna.
          Ranek, niestety, pochmurny, zimny. Nie wszystkich to mobilizuje do wymarszu, ale nie powiem, kto nie poszedł. Zaopatrzeni w płaszcze przeciwdeszczowe, trochę jedzenia, mapę i kompas (i dobry humor, oczywiście) wyruszamy w kierunku Darwajki i Piskonii przez łąki las, szukając ścieżki. Udało się znaleźć wspaniałą. Wytyczona i wybudowana została chyba jeszcze w latach dwudziestych ubiegłego wieku, dlatego brak sporych jej fragmentów. Przeskakując, omijając zwalone drzewa, depcząc po wspaniałym mchu, widłakach, mokrych kamieniach, omijając „spieszące” zieloną ścieżką granatowo-niebieskie pomrowy niebieskie (gatunek ślimaka) podążamy w kierunku naszego celu. Przed nadciągającą burzą chronimy się w starym szałasie ze śladami paleniska na środku. Po deszczu ruszamy dalej. Mijamy na przełęczy sterczące drewniane słupy – resztki z dawnej kołchozowej owczarni – i mozolnie wychodzimy na grań Piskonii. Zdobywamy pierwszy z jej szczytów, który wita nas nadciągającą czarną chmurą i pomrukami burzy. Szybki odwrót, żeby tylko zejść z grani! Chronimy się w dolince pod drzewem, na skraju lasu. Zdaje się, że to koniec dzisiejszego zdobywania. Trudno. Wracamy tą samą drogą. Witają nas pohukiwania pozostałych na biwaku osób – czyżby się niepokoili o nas! Potem wzajemne opowieści o pogodowych przeżyciach. Coraz większy chłód zapędził wszystkich do namiotów, czasem ktoś się odważy wystawić głowę i zerknąć w niebo – co przyniesie jutro?
          Jutro okazało się chłodne ba, wręcz lodowate ale na szczęście bezdeszczowe. Wyruszamy. Ścieżka rychło się kończy. Każdy szuka jej jak może. W czasie tych poszukiwań jedyna dziewczyna w grupie gdzieś się zawieruszyła o prostu znalazła dobrą ścieżkę zbyt szybko poszła do przodu. Niestety, panowie poszli gdzieś indziej i dziewczę było trochę w strachu. Myślało sobie: mam mapę (jaką-taką), namiot, suchy makaron z zupek chińskich – jakoś do najbliższej przełęczy dotrę – tam rozbiję namiot. Ale jeszcze trochę pokrzyczę. Któryś z kolegów, na szczęście, usłyszał wołanie i po godzinie dziewczyna dołączyła do grupy. A grupa znajdowała się prawie pod drugim szczytem Perednej II. Tu już panoszy się kosówka. Znowu szukamy ścieżki. Jeden kolega (nie powiem, kto) zrzucając z ramion plecak, wspiął się po jakiejś większej gałęzi kosodrzewiny i wypatrzył jej obejście. Ale, niestety, zielony plecak zawieruszył się (co za dzień!) w plątaninie gałęzi i wszczęliśmy akcję poszukiwawczą przerywaną salwami śmiechu! Na szczęście dobytek kolegi się znalazł i poszliśmy dalej, bo przed nami jeszcze szmat drogi i kilometry podejść! Obserwacja krajobrazu, i śledzenie mapy, aby znaleźć jak najwyżej położoną przełęcz, szukanie ścieżki to zadania dla wytrawnego wędrowca. Mieliśmy takich pośród nas! Wspaniale trafiliśmy do pierwszego słupka granicznego dawnej polsko-czechosłowackiej granicy. A stamtąd już jak po maśle ku podnóżom Popadii, gdzie na wspaniałym mchu rozbiliśmy kolejny biwak.
          Dzisiejsza trasa była bardzo trudna. Podejście, zejście, wykroty, zwalone drzewa – koncert życzeń! Ale też szliśmy niezwykle dzikim terenem – tu Panią jest przyroda. Nic nie zakłóca jej panowania. Człowiek dociera tu zapewne rzadko. W Polsce takie miejsca znaleźć można tylko w ścisłych rezerwatach.
          Co przyniesie następny dzień? Z poprzednich wyjazdów niektórych członków grupy w te tereny wiemy, że czeka nas przeprawa przez kosówkę.
          Ta przeprawa okazała się do przebycia – dokumentują to zdjęcia. A potem wita nas gorgan – charakterystyczne dla tych gór zwały kamieni pokrywające najwyższe szczyty Gorganów – stąd też ich nazwa. Z gracją i zwinnością, na jaką pozwalają ciężkie w dalszym ciągu plecaki, skaczemy z kamienia na kamień ku Popadii (1742 m npm), sławnemu szczytowi, na którym znajduje się słupek graniczny oznaczony numerem jeden. Dobrze widoczny jest wygrawerowany polski orzeł i czechosłowacki lew. Srogi chłód i padający, na szczęście drobny śnieg, nie pozwalają na dłuższy tu pobyt. Ale czeka na nas wspaniała ścieżka (!) wycięta w kosodrzewinie, która w stosunkowo krótkim czasie wyprowadza nas poprzez Małą Popadię, Parenkie, na przełęcz pod Grofą. Napotykamy też świeżo namalowany na drzewach czerwony szlak!. Biwak wypada nam na przełęczy. Już bez plecaków na plecach przy poprawiającej się pogodzie i coraz piękniejszych w związku z tym krajobrazach,  wyruszamy na Grofę 1752 m npm. Tu spotykamy dwóch turystów! Pierwszych od czterech dni marszu. Po zejściu rozpalamy ognisko. Dwóch takich, którym mało jeszcze chodzenia, wyrusza ku pobliskim Kanusiakom. Reszta przy ogniu wiedzie błogi żywot czekając na śmiałków. Ci wracają z niespodzianką – świeżusieńki chleb i inne smakołyki – ech! Ognisko rozjarzyło się snopem iskier, popłynęły piosenki polskie, słowackie, ukraińskie i takie bez słów. To ci nasi dwaj maładcy! Noc nawet nie była taka zimna.
          A rano pakowanie i schodzimy do cywilizacji w miejscowości Osmołoda. Schodzimy ścieżką w paru miejscach zrujnowaną przez schodzące lawiny. Przedzieramy się przez zwały śniegu, połamanych drzew, kamieni. Powoli wąska ścieżka przeradza się w drogę, którą podążają potężne samochody wyładowane kłodami drzew, wycinanych masowo w dolinach. Pierwsze domy i sklepik zorganizowany chyba w starym wagonie. Łyk piwa i kęs świeżego chleba. Nocleg w starym, drewnianym domu u znajomego gospodarza a rano powrót. Autobusem nie pierwszej młodości do Kałusza a stamtąd mikrobusem do Lwowa i dalej do granicy. Tylko tutaj ścisk na przejściu pieszym i upał psują nam humory. W Przemyślu wsiadamy do pociągu.

           Jest 4. czerwiec 2005 r. Jeszcze pożegnanie na dworcu w Tarnowie – i do zobaczenia za jakiś czas znowu w drodze do Przemyśla?

                                     Urszula Kocik

Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.