Wejście na Jagnięcy Szczyt

„Z czystym idź tylko sercem w Tatry.
                                                                                                                                         Jakbyś przekraczał próg świątyni”

                                                                                                                                                                           /M. Zaruski/

                              RAZ KOZIE ŚMIERĆ – IDZIEMY NA JAGNIĘTY SZCZYT /2229 m npm/!

          Wstawanie o 4 rano nie jest przyjemne, ale konieczne, gdy w perspektywie 10 godzin wędrowania. Lepiej wyjść na trasę wcześniej, aby zdążyć wrócić przed zmrokiem. Odjazd ze stacji Nowa Leśna do Starego Smokowca o godz. 5.28. O takiej porze dnia rzadko ogląda się panoramę Tatr. Podziwiamy je w promieniach wschodzącego słońca, stojąc niemal u ich stóp Wydają się tak bliskie, że wystarczy wyciągnąć dłoń by je dotknąć… Zapewniam, widok jest fantastyczny…
          Jedziemy 10 minut do Starego Smokowca, przesiadamy się do autobusu jadącego w kierunku Łysej Polany. Wysiadamy na przystanku w Białej Wodzie. Rozpoczynamy 3 godzinną wędrówkę Doliną Kieżmarską Białej Wody. Jest to najdalej na północny wschód wysunięta dolina Tatr Wysokich. Porośnięta jest lasem, a kończy ją wspaniały polodowcowy kocioł Zielonego Stawu Kieżmarskiego. Dolina otoczona jest szczytami grupy Łomnicy i grani Głównej Tatr. Dojście do Stawu to I etap naszej wędrówki. Szlak prowadzi niezbyt stromą drogą wzdłuż potoku Kieżmarska Biała Woda. Sceneria jest niesamowita. Woda spływa po kamieniach tworząc kaskady i szumiąc głośno. Woda jest jak śnieg biała, zmienia się w zależności od padających promieni słońca, mieniąc się różnymi kolorami tęczy. Niesamowicie wygląda to na zielonym tle otaczającego potok świata roślin. Zapach lasu, rzeźkie, poranne powietrze nastrajają nas optymistycznie i już po niecałych 2 godzinach odsłaniają się przed nami przepiękne widoki na szczyty otaczające Zielony Staw. Droga wiedzie wśród limb, jarzębin i brzóz. Jesteśmy coraz bliżej tego urokliwego miejsca. W polodowcowym kotle wśród zwałów morenowych dostrzegamy wreszcie szmaragdowo-turkusową płaszczyznę Stawu. Nad nim górują gigantyczne szczyty: po prawej ostra baszta Jastrzębiej Turni /2131 m npm/, o niedostępnych pionowych ścianach, po lewej stronie szczególnie imponująco prezentuje się najwyższe z urwisk w tym rejonie masyw Kieżmarskiego i jego trójkątna pionowa ściana, mająca blisko kilometr wysokości. Radość wielka wlewa się nasze serca, a takie widoki czynią człowieka wrażliwszym i uświadamiają, jaką niewielką cząsteczką jesteśmy w tym otoczeniu i we wszechświecie…Wstępujemy do schroniska, które o tej porze dnia /godz. 8.15/ świeci pustkami, nabiera zapachu czystości, ale jest gościnne i chwilę tu zostajmy.
Zupa z soczewicy zjadana nad Stawem smakuje znakomicie, chociaż ma kolor błota…
          Przed nami II etap, szlak oznaczony kolorem żółtym. Podchodzimy pomiędzy kosodrzewiny i zaczynamy wspinać się stromą ścieżką do góry obijając sobie kolana o brody. Droga wymaga kondycji. Ale widoki i otoczenie są przepiękne. Zielony Staw maleje z każdym krokiem, poszerza się widok na Łomnicę. Niesamowite wrażenie robią wypełnione wiecznym śniegiem szczeliny na jej północnej ścianie. Pokonawszy 250 m różnicy poziomów wychodzimy na próg Dolinki Jagnięcej, pustej, kamienistej z dwoma stawkami Czerwonym i Modrym. Po prawej stronie wznoszą się pięknie rzeźbione ściany Koziej Turni /2111 m npm/. Słyszane od dołu pokrzykiwania to odgłosy wspinaczy, którzy tutaj trenują. Dostrzegliśmy pięć zespołów 2 osobowych. Ścieżka stromieje, po drodze pokonujemy zwały leżącego jeszcze na szlaku śniegu. Wychodzimy na pokryte usypiskami zbocze, kamienie usuwają się spod nóg. Docieramy do ścianki skalnej, wejście ubezpieczone jest łańcuchem, niestety w nie najlepszym stanie. Płyty są gładkie i z dużą ekspozycją. Mozolnie wychodzimy na grań. To boczna szczerbina Kołowej Przełęczy /2118 m/. W bardzo trudnym, skalistym terenie idziemy granią korzystając z rąk. Dalej już trochę łatwiej. Nie ma chwili na zachwyty, odgłosy zbliżającej się burzy zganiają nas ze szczytu i grani. Ile sił w nogach pędzimy doliną w dół. Burza dopada nas na progu. Jak na dłoni widać schronisko, ale jeszcze do niego daleko. Strugi wody leją się z kłębiących się nad doliną chmur. Umoczeni jak kaczki wpadamy do schroniska. Kłębi się tłum przemoczonych i zmarzniętych turystów. Gorąca herbata, smażony ser i ciepłe otoczenie szybko poprawiają nasze nastroje. Żal tylko, że kolejny urodzinowy szampan nie wystrzelił na szczycie jednego z ostatnich szczytów w mojej kolekcji Korony Tatr Słowackich.
          Etap III przewidywał powrót przez Rakuską Czubę, ale dzisiaj pogoda temu planowi nie sprzyja. Wracamy Doliną Kieżmarskiej Białej Wody. W oczekiwaniu na autobus w Białej Wodzie po raz kolejny ze smutkiem i żalem patrzymy na obraz zniszczeń, jakie spowodował huragan w przepięknym, rosnącym tu niedawno lesie. Widok jest przygnębiający. Wraz z innymi turystami autobusem kursowym wracamy do Starego Smokowca.

          Cdn.       
                                                                          Maria Ogrodnik Grudzień,  
2005-11-27

Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.