Alpy Walijskie 2005 r.

„Góry nie kłamią i nie zawodzą. Dlatego zostawiam wszystko,
                                     jak zostawia się rozbity dzban lub połamany wóz, i wędruję w góry”.

                                  (Romano Cornuto)
      

Alpejskie lato 2005

          Druga połowa sierpnia to już tradycyjny okres kiedy Klub Górski „Karpaty” organizuje wyjazd w Alpy. W tym roku wybraliśmy Alpy Walijskie z zamiarem wejścia na kolejne szczyty w grani leżącej w zachodniej części  masywu Monte Rosa pomiędzy przełęczami Breithornpass (3831 m) i Lysjoch (4248 m). Na pierwszy ze szczytów tej grani – czterowierzchołkowy Breithorn (4165 m) weszliśmy dwa lata temu od strony szwajcarskiej. Już wtedy naszą uwagę przyciągnęła ostra jak żyletka, śnieżna grań, ciągnąca się dalej poprzez Roccia Nerę (4075 m), Pollux (4092 m), Castor (4176 m) do kończącego grań trzy wierzchołkowego Lyskamu (4527 m). Za plecami strzelista, dumna turnia Matterhornu a przed oczami potężny Dufor, drugi szczyt Alp i majestatyczny Nordend roziskrzone zachodzącym słońcem obiecywały niezapomniane wrażenia. Nie było wyjścia. Musieliśmy tu przyjechać.
         Jako punkt wyjścia wyznaczyliśmy sobie camping miejscowości Champoluc w dolinie Ayas po włoskiej stronie Alp. Pierwszą noc po wielogodzinnej jeździe samochodem przesypiamy kamiennym snem. Ranek budzi nas chłodem. Na trawie przed namiotem siwy szron. Jak na połowę sierpnia całkiem nie źle. Na razie jesteśmy tylko we dwóch. Jano i ja. Koledzy jeszcze nie dojechali. Szybkie śniadanie i wychodzimy na rekonesans. Pogoda nie może się zdecydować czy zaświecić słońce czy pokropić deszczem. Szybko pniemy się w górę pokonując mozolnie strome stoki moreny czołowej przerywane płaskimi otchłaniami alpejskich łąk. Około południa gdy osiągamy wysokość 2300 m pogoda się zdecydowała. Leje. Usiłujemy przeczekać schowani pod olbrzymią wantą ale po upływie  pół godziny poddajemy się i wracamy, zbaczając do widocznego z góry malowniczego jeziorka polodowcowego. Na Campingu jest już cała reszta towarzystwa.
          Następnego dnia ciąg dalszy aklimatyzacji. Tym razem wszyscy wychodzimy w góry i naszą wczoraj rozpoznaną drogą po pięciu godzinach dochodzimy do schroniska Mezalama na wysokości 3036 m. Rezerwujemy miejsca na jutro i wracamy na camping. Rano wychodzimy już tylko w piątkę z zamiarem pozostania w górach kilka dni. Podjeżdżamy do miejscowości St. Jacques i tu na parkingu zostawiamy samochody. Plecak ze sprzętem wspinaczkowym, biwakowym i żarciem na kilka dni przygniata do ziemi tak, że do schroniska Mezalama dochodzę wykończony. Jest jeszcze dość wcześnie więc Basia Janek i Staszek ruszają dalej do położonego 500 m wyżej Schroniska Przewodników z Ayaz. Jano zostaje ze mną w Mezalamie. Oni zyskują nad nami dwie godziny przewagi ale za to mają fatalną, nieprzespaną noc w przepełnionym schronisku a my mając rezerwację, śpimy jak goście.
          Wychodzimy przed świtem. Na niebie bez chmurki bledną gwiazdy spłoszone promieniami wschodzącego słońca. Nieco powyżej Schroniska Przewodników zaczyna się lodowiec. Jest kilka stopni mrozu więc lód jest twardy i suchy. Aklimatyzacja i wygodna noc zrobiły swoje. Plecak już tak nie ciąży. Z „lotną” asekuracją idziemy szybko. Naszym celem jest zachodnia ściana Castora. O dziewiątej dopada nas słońce i momentalne robi się gorąco. Na szczęście zachodnia ściana do południa będzie w cieniu. Na polach śnieżnych u stóp ściany zostawiamy plecaki. Zabieramy tylko sprzęt wspinaczkowy i w górę. Podejście łatwe choć im wyżej tym bardziej wysokość staje się odczuwalna a i ściana coraz bardziej staje dęba. Ostatnie czterdzieści metrów wyprowadzające na grań szczytową to prawie pionowy lód. Wkręcamy śruby asekuracyjne po czym Jano „przefruwa” w imponującym stylu ten trudny odcinek, wzbudzając uznanie kilku zespołów, które tutaj utknęły. Po chwili i ja  jestem na grani. Do szczytu jeszcze około sto metrów wąskiej na mniej więcej na szerokość stopy grani, opadającej na obie strony stromymi zerwami błyszczących w słońcu kilkusetmetrowych lodowych ścian. Przed chwilą spotkaliśmy naszą trójkę. Oni już wracają. Opowiadają o przeżyciach w zejściu ze szczytu. Dziewczyna idąca pierwsza w poprzedzającym ich zespole potknęła się na grani szczytowej i spadła na włoską stronę grani pociągając za sobą dwóch następnych kolegów. Czwarty na linie świadomie skoczył w przepaść na przeciwną, szwajcarską stronę grani. Uratował w ten sposób życie całej czwórki, ale szok był tak paraliżujący, że wisząc po oby stronach grani nie byli w stanie wrócić na górę o własnych siłach. Udało im się to dopiero przy pomocy naszej koleżanki i kolegów, którzy praktycznie wyciągnęli ich z powrotem.
          Teraz moja kolej więc idę pierwszy. Przejście tego odcinka grani przypomina przejście po równoważni, tylko że długości sto metrów i zawieszonej na wysokości kilkuset metrów. Z deszczykiem emocji i napiętą do granic uwagą po chwili wchodzimy na szczyt. Teraz można się rozejrzeć na wszystkie strony. Boże co za widok!!! Pełne słońce, ośnieżone morze gór wokoło. Czyż może być coś piękniejszego? Niestety trzeba wracać. Musimy zejść na dół i odnaleźć schron, w którym zamierzamy spędzić dzisiejszą noc.
          Z mapy wynika, że schron powinien znajdować się u podnóża Roccia Nery ale z tej odległości nie możemy go wypatrzyć. Trawersujemy więc pod ścianami Polluxa i nagle odnajdujemy schron zawieszony wysoko na skalnej ostrodze, opadającej około stumetrową, pionową zerwą na pola śnieżne, którymi podchodzimy. Od dołu nie widać łatwego wejścia. Ponieważ jesteśmy trochę zmęczeni próbujemy obejść ostrogę i znaleźć łatwiejsze dojście od góry. Okazuje się to jednak nie takie proste. Pokujemy się w lodowiec, niewielki wprawdzie ale bardzo spękany, mosty śnieżne rozmiękłe o tej porze dnia nie wytrzymują naszego ciężaru i co chwilę wpadamy do lodowych szczelin na szczęście nie głęboko i nie groźnie. Trzeba się jednak dobrze asekurować. Trwa to długo i wykańcza nas przede wszystkim psychicznie, tak że do schronu dochodzimy na „ostatnich nogach”.
          Schron to niewielki drewniany domek, w którym są dwie piętrowe prycze dla dziesięciu osób, stolik i dwie ławki. Materacy i koców pod dostatkiem, chętnych do przenocowania również. Łącznie z nami jest szesnaście osób chyba pięciu różnych nacji. Niestety naszej trójki nie ma. Przypuszczamy, jak się później okazało słusznie, że zeszli na dół. W schronie początkowo wszyscy patrzą na siebie wilkiem ale po drobnych utarczkach zwycięża jednak zgoda i znajduje się miejsce dla wszystkich, tylko o jakiejkolwiek wygodzie należy tym razem zapomnieć. Na domiar złego mój wewnętrzny barometr uparcie sygnalizuje zmianę pogody.
cdn.

                                                           Krzysztof Pieńkowski, 2005-11-27

Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.