Alpy Walijskie 2005 cz. II

„Z wysokości gór można dopiero ocenić,
                                                                           co wielkie i wartościowe rzeczywiście”.

                                                                       (Koh 1,14)

Alpejskie lato 2005

(dokonczenie).

         Noc jest koszmarna więc świt szybko wygania wszystkich lokatorów schronu. Jest mroźno. Niebo wygwieżdżone i czyste. Nic nie wskazuje zmiany pogody. Czyżby barometr mnie zawiódł? Wyruszamy. Przed nami piętrzy się dwustupięćdziesięciometrowa, stroma, śnieżno-lodowa ściana Roccia Nery. Na twardym, zmrożonym śniegu i lodzie raki trzymają bardzo dobrze. Mimo dużej stromizny idziemy bez asekuracji. Będzie dużo szybciej. W partiach podszczytowych ściana nieco się kładzie i już łatwo wychodzimy na wierzchołek. Powrót tą samą drogą, zabieramy ze schronu pozostawiony tu sprzęt biwakowy i schodzimy na pola śnieżne tym razem wprost w dół przez urwistą ścianę i trawersujemy w kierunku dobrze widocznej na tle nieba południowej grzędy Polluxa. Teraz czeka nas czysto skalna wspinaczka. Więc raki czekan do plecaka, wiążemy się liną i w górę. Początkowo grzęda nie jest technicznie trudna ale krucha, zwietrzała skała zmusza do ostrożności.
          Z pogodą jednak coś zaczyna się dziać. Od dołu powoli ale uparcie zaczynają podchodzić ciemne, ciężkie chmury. Barometr jednak nie kłamał. Na razie jesteśmy ponad nimi ale trzeba się spieszyć bo powrót może być nieciekawy. Mijamy ostatni schodzący w dół zespół. Grzęda kończy się pionową kilkudziesięciometrową ścianą ubezpieczoną umocowanym na stałe łańcuchem. Mimo to jej pokonanie jest trudne i zabiera sporo czasu. Na szczycie grzędy stoi pokaźnych rozmiarów posąg Madonny z Dzieciątkiem. U podnóża skrzynka z zeszytem na wpis tych, którzy tutaj dotarli. Stąd do szczytu jeszcze kilkaset metrów niezbyt stromego, śnieżnego stoku. Zostawiamy plecaki, zakładamy raki, czekan do ręki i szybko na wierzchołek. Z góry widać wycofujące się zespoły. Góry pustoszeją. Wracamy. W połowie grzędy wchodzimy w chmury, które już tu podeszły. Robi się mokro i ciemno. Widoczność spada do kilku metrów. Zaczyna wiać wiatr. Do pól śnieżnych dochodzimy bez kłopotów. Doganiamy ostatni schodzący przed nami zespół. Naradzamy się którędy najlepiej schodzić i bardziej na wyczucie niż z przekonania zaczynamy schodzić pierwsi. Ich jest troje więc schodzą wolniej i po chwili tracimy ich z oczu.
          Zaczyna padać śnieg. Im niżej  tym śnieg i wiatr coraz większe i w końcu w zupełnej śnieżycy dochodzimy do schroniska Przewodników. Po chwili dochodzi i ten drugi zespół. Oni tu zostają. My mamy jeszcze prawie pięć godzin zejścia. Chwilę czekamy aż zawierucha nieco zelży i schodzimy.
          Przy pozostawionym w ST. Jacques samochodzie jesteśmy już po zmroku. Leje deszcz. Uciekamy stąd do sąsiedniej doliny Gressoney gdzie koledzy już znaleźli camping i gdzie pogoda jest podobno nieco lepsza. W nocy w siąpiącym deszczu nie możemy odnaleźć campingu. Jak na złość akurat teraz przestał działać mój telefon. Długo kluczymy pytając od czasu do czasu w czynnych jeszcze knajpkach. W końcu zaniepokojeni koledzy wychodzą do drogi po której jeździmy tam i z powrotem i sprowadzają nas na miejsce. Stąd będziemy atakować Lyskam.
          Następnego dnia pogoda nieco się poprawia więc Basia Janek i Staszek wychodzą w góry. Oni się spieszą bo muszą wcześniej wracać do Polski. Jano i ja postanawiamy jeszcze poczekać. Nasi koledzy wracają bez sukcesów następnego dnia wieczorem. Doszli do schronu na Balmenhornie (4167m) i weszli na Piramide Vincent (4215 m) i to był wszystko na co pozwoliła pogoda. Pakują się i rano wyjeżdżają do Polski. Zostajemy we dwóch z Janem i mocnym postanowieniem przeczekania niepogody, która załamała się na dobre. Przez trzy kolejne dni tak leje, że o wyjściu w góry nie może być mowy. Zwiedzmy bliższą i dalszą okolicę. Wreszcie czwartego dnia przejaśnia się na tyle, że przez postrzępione chmury prześwitują pobielone świeżym śniegiem góry. Pakujemy plecaki i w południe wyruszamy. Najpierw kolejką linową na przełęcz Salati (2936 m) a stamtąd cztery godziny do schroniska Gnifetti (3647m). Niepokoi nas duża ilość świeżego śniegu. W schronisku ludzi niewiele i miejsca dostajemy bez problemów. O świcie ruszamy. Mamy zamiar wejść na Lyskam, a w zejściu przenocować w schronie na Balmenhornie. W miarę podchodzenia pokrywa świeżego śniegu jest coraz grubsza. Po kilku godzinach wychodzimy na przełęcz Lysjoch (4248 m). Jako tako przetarty szlak wiedzie w kierunku schroniska Margarita. Pozostały obszar na razie nietknięty. Zbaczamy w kierunku grani Lyskamu ale po kilkuset metrach poddajemy się. Świeżego śniegu jest powyżej kolan i widać że jeszcze nie związany z podłożem. We dwóch nie damy rady przetorować całej grani. Poza tym na trochę bardziej stromym stoku lekko poruszona świeża pokrywa śniegu zsuwa się lawinami w dół. Nie warto ryzykować. Lyskam poczeka jeszcze rok. Wracamy. Nad Balmenhornem wisi helikopter. Jesteśmy na tyle blisko, że widać jak kogoś zabiera. Znowu góry kogoś pokonały. Utwierdza nas to w słuszności decyzji o powrocie. Trzeba się spieszyć by zdążyć na ostatnią kolejkę. W drodze powrotnej znowu mgła. Na szczęście nie pada.
         Tym razem przegraliśmy. Ale jeszcze tu wrócimy. Jeszcze się spróbujemy. Następnym razem może to nam pogoda pomoże. Pożyjemy zobaczymy.

       Krzysztof Pieńkowski, 2005-11-27

Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.