Zima w Morskim Oku cz II

  „Przestrzeń to wieczna teraźniejszość.”
                                                                                                                                          /Andrzej Stasiuk/

          Rano wstaję niezbyt wcześnie. Z korytarza słychać stąpania ciężkich butów. Pierwsze zespoły już wychodzą. Po dłuższym „niebyciu” w górach i wczorajszym podejściu, nie mam na dziś ambitnych planów. Podejdę do Kotła Mięguszowieckiego, zwanego z góralska Bańdziochem, a potem zobaczymy. Szybkie śniadanie z wczorajszych zapasów (kuchnia czynna dopiero od 8:00), wczoraj spakowany plecak na plecy i o 7:30 ruszam. Patrzę jeszcze na wpisy w książce wyjść. Dwójka poszła na północną ścianę Kazalnicy drogą Długosza. Choolera! Muszą być nieźli. Ale i tak w zimie bez biwaku w ścianie tego nie zrobią. Inny, trójkowy zespół poszedł na Rysy. Też ładnie.
          Niebo bez chmurki i mróz. Słońce nie wyszło jeszcze zza Rysów ale już oświetla wierzchołki Mięguszowieckich i Miedzianego. Jest pięknie.
          Trójka idąca na Rysy właśnie dochodzi do drugiego brzegu jeziora. Początkowo dziwi mnie, że przez jezioro nie ma jak zazwyczaj wydeptanej ścieżki, tylko masa nakluczonych śladów. Przecież przeszło już kilka osób. Wchodzę na zamarzniętą taflę jeziora i po chwili wszystko jest jasne. Zalegająca lód kilkudziesięciocentymetrowa warstwa śniegu pokryta jest łamliwą szrenią, która niekiedy wytrzymuje ciężar idącego a niekiedy łamie się i wtedy wpada się w śnieg powyżej kolan. To dlatego każdy idący szukał własnej ścieżki. Niestety mój ciężar ta szreń rzadko wytrzymuje, idę więc powoli grzebiąc śniegu własną ścieżkę i choć jest płasko to szreń znakomicie utrudnia torowanie. Wreszcie drugi brzeg i pod górę. Tutaj ścieżka już lepiej przedeptana a im wyżej to śnieg bardziej kopny i szreń stopniowo zanika. W miarę jak nabieram wysokości słońce coraz bardziej oświetla taflę Morskiego Oka. Stok, którym podchodzę ma wystawę północno-zachodnią więc słonce dojdzie tu nie prędko. Na progu Czarnego Stawu niewielkie nawisy śnieżne utworzyły ostrą krawędź, wyraźnie odcinającą się na tle nieba. Ostatnie metry są dość strome. Wychylam głowę ponad krawędź i dostaje w twarz uderzenie słoneczne. To słoneczna eksplozja. Promienie smagają, iskrzą na sterczących skałach, rozbryzgują się na śniegu w tęczowe kręgi i przydają przestrzeni, ciasnej zazwyczaj kotlinie Czarnego Stawu. Rozpromienione szczyty poklękały pod ciężarem słonca i zdają się modlić przed stojącym nad brzegiem stawu krzyżem.
           Ubieram okulary lodowcowe i obserwuję trójkę pnącą się mozolnie stokami Rysów. Tych na Kazalnicy nie widać. Słychać tylko odbite od sąsiednich zboczy echo pokrzykiwania. Chyba są już w ścianie. Pora i na mnie. Zakładam raki i w drogę. Przetarta ścieżka niestety dla mnie się skończyła. Znowu trzeba torować. Przynajmniej ci co poszli na Długosza będą mieli przetorowane zejście. Śnieg kopny i jest go dużo więcej. Gdzieniegdzie nawiany, sięga powyżej pasa. Podchodzę stromymi polami śnieżnymi w kierunku skał. Ryzyko lawiny raczej niewielkie ale zawsze pod osłoną skał jest raźniej. Jeszcze chwila i jestem na progu Bańdziocha. Robi się mniej stromo i jest łatwiej. Teraz wzdłuż ścian Kazalnicy potem przez przewężenie kotła i jestem w jego sercu. Przede mną na wyciągnięcie ręki skrzesane ściany Mięguszowieckich, z mną otchłań Morskiego Oka. Góry i przestrzeń. Wszystkie emocje ustępują wspomnieniom. Po prawej stronie filar Mięgusza. Najdłuższa droga wspinaczkowa w Tatrach polskich. Kiedy byłem tu ostatnio? Chyba jeszcze z Andrzejem Heinrichem. Ile to już lat jak Zyga został na zawsze w Himalajach. Dalej w lewo wschodnia ściana Mięgusza. Droga Sokołowskiego, Surdela, Swierza. Na wprost północna ściana Mięguszowieckiego Pośredniego Po lewej Mięguszowiecki Czarny i Kazalnica. Jej północna ściana kiedyś nobilitowała taterników. Zobiłem ją kiedyś z Andrzejem Pawilkiem. Mój Boże jak ten czas leci.
          Jak na złość zamarzł mi aparat i odmówił posłuszeństwa. Trudno nie będzie zdjęć. Nauczka na przyszłość. O! Ci z Rysów jednak zawrócili i schodzą. No cóż, ja idę dalej. Obchodzę kocioł dookoła pod ścianami Kazalnicy, Mięguszowieckiego Czarnego, Pośredniego i zerwami wschodniej ściany Mięguszowieckiego Wielkiego. Trwa to dobrą chwilę ale ponieważ mi się nie spieszy nie zauważam mijającego czasu. Chwilę waham się czy nie iść na siodełko w filarze ale w końcu rezygnuję. Nie ma co szaleć w pierwszy dzień. Wracam.
          Nad Czarnym Stawem staję i wypatruję tych z Kazalnicy. Są!!! Jeszcze przed głównymi trudnościami. Ale dopiero czternasta a dzień już długi. Mogą się wspinać do dziewiętnastej. Powinni pokonać główne trudności jeszcze dziś. Bo jak nie to czeka ich biwak na wisząco. Eee, powinni zdążyć. Pogoda piękna.
         W schronisku ostatni turyści kończą obiad i odchodzą na dół. Ale przybyło sporo takich, którzy zostają. To już wydłużony weekend. Jest grupa narciarzy wysokogórskich z Francji. Zamykam się w swojej samotni i planuję jutrzejszy dzień. Dolina za Mnichem. A potem?
Cdn.
                                                                                                     Krzysztof Pieńkowski,  2006-04-24

Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.