Reportaż z pobytu w Górach Marmaroskich w Rumunii

  „Deszcz pada, deszcz pada, deszcz pada szatański,
                                                                                             A ja w góry iść muszę jak ten pies bezpański,
                                                                                             Za Mojżesza*) namową, pod Mojżesza knutem
                                                                                             Ja iść muszę w te góry, tak mgłami zasnute.”

                                                                                                                            /J.Długosz i A.Wilczkowski/

GRASOWALIŚMY W ALPACH ……. MARMAROSKICH

          Tradycyjnie na przełomie maja i czerwca grupka zapaleńców (wśród nich członkowie Klubu Górskiego „Karpaty”) wybrała się na wyprawę w jedne z dzikszych gór Europy – Karpaty Wschodnie. Tym razem były to Góry Marmaroskie (czasami nazywane Alpami Marmaroskimi) – pasmo górskie w Karpatach na granicy ukraińsko-rumuńskiej, którego szczyty sięgają 2000 m npm. Najwyższy z nich to Farkaul 1961 m.
          W Polsce 10-cio osobową grupkę żegnała deszczowa pogoda – my jechaliśmy w kierunku słońca i pięknej pogody przez przejęcie graniczne w Mniszku nad Dunajcem, dalej przez Słowację, Węgry do Rumunii. Pierwsze promienie słońca spotkaliśmy tuż po przekroczeniu granicy węgiersko-rumuńskiej. Jeszcze 200 km przez północną Rumunię do miejscowości Pojenile de Sub Munte. Jest sobota po południu, gdy jesteśmy na miejscu. Do celu doprowadziła nas droga bita z ogromnymi kałużami wzdłuż wezbranego potoku (jego szerokość dorównywała naszej Białej) co dobitnie świadczyło o aurze minionych dni.
           Udało nam się znaleźć wspaniałe miejsce na namioty i pozostawienie samochodów, wszak jutro wyruszamy na kilka dni w góry.
          A to „jutro” budzi nas szum deszczu uderzającego w tropiki namiotów. Wyzieramy przez szparkę – chmury przygniatają dolinę, szumi wezbrany potok i leje jak z cebra. I co tu robić? Nasze plany biorą w łeb. Z ociąganiem wychodzimy z namiotów. Nasz Komandor proponuje krótki wypad (3-4 godziny) rekonesansowy z małymi plecakami. Celem będzie Stoh (rum. Stogul), na którym do drugiej wojny światowej spotykały się granice trzech państw: Polski, Czechosłowacji i Rumunii. Wyruszyliśmy ok. 930 jednym, za to terenowym, samochodem, który nas (10 osób) wywiózł w dolinę jak najbliżej podejścia na Stoh. Niestety, nie mając aktualnej mapy tych terenów, posługując się jedynie reprintem przedwojennej, orientujemy się, że wyszliśmy troszeczkę niewłaściwie na grań – trochę za bardzo na zachód, tuż pod szczytem Szczawula. No cóż, udajemy się pokornie na wschód – ale pogoda się popsuła, nie ma słońca, gęste chmury pokryły niebo, leci mżawka i widoczność na 10 metrów.
           A my dzielnie doszliśmy do granicy ukraińsko-rumuńskiej i trzymając się jej po stronie rumuńskiej idziemy w mgłę. Przygotowując się do wyprawy naczytaliśmy się w internecie informacji, że zdarzało się, iż ukraińscy pogranicznicy spotkawszy turystę na granicy sprowadzają go do swojej dolinki i tam po wylegitymowaniu i innych ekscesach pozwalają wrócić w góry. Wobec tego trzymamy się rumuńskiej strony granicy a trzeba wiedzieć, że prawie tu nie ma żadnej ścieżki ale nie wiemy również, bo jej nie widzimy z powodu mgły, że po ukraińskiej stronie granicy biegnie piękna droga!!!. Pogoda coraz podlejsza, wiatr podwiewa nasze peleryny, parasol Komandora bardzo się gimnastykuje. Czasami ten wiatr przepędza chmury i coś się pokazuje w oddali – dzięki temu odkryliśmy w pewnym momencie tą ukraińską drogę graniczną. W orientacji pomocny też jest nasz GPS (a co!). Na podstawie współrzędnych podawanych przez niego i przedwojennej mapy wiemy gdzie jesteśmy i czy daleko jeszcze.
           Cel naszego dzisiejszego marszu – Stogul – osiągamy, po morderczym ostatnim podejściu, ok. godz. 19!!!!!. Na szczycie wiatr (silny!) rozwiał mgły i pokazały się Połoniny Hryniawskie. Robimy zdjęcia historycznemu słupowi i wyruszamy w dół, bo zaczyna zmierzchać. Ale jeszcze trzeba znaleźć optymalną drogę do tej naszej doliny.
 Udało się. Mamy upragnioną dolinkę – jesteśmy uratowani! Doliną biegnie droga, którą samochodami zwożą drzewo i przepędzają owce, więc nie jest najlepsza. Ale górski potok, wezbrany od opadów deszczu i roztopów śniegu masowo jeszcze zalegającego w szczytowych partiach gór, poczynił w dolinie straszne spustoszenie. Dolina jest wąska ale mimo to potok wije się kręto od jednego zbocza do drugiego a droga co raz przekracza potok. A my? No cóż, z początku zwinnie po wystających jeszcze kamieniach na drugi brzeg. Po leżących co rusz na drodze kłodach, kamieniach, korzeniach szybko zorientowaliśmy się, że droga dawno nie była używana. I znów przekracza nurt potoku, no to my po leżącej (cudem!) w poprzek niego kłodzie na drugi brzeg. Ściemnia się coraz bardziej a tej dolinki mamy jeszcze kilka kilometrów wiec wytrwale poprzez kłody, dziury i znowu na drugi brzeg po leżącej kłodzie. Ale niestety, kolejnym razem tej kłody przez potok nie było a ten potok zmienił się w rwącą rzekę szeroką na kilka metrów. Więc co robić – chwytamy się wszyscy za ręce i w bród na drugą stronę. No cóż, wody nam do tej pory nie brakowało ale teraz mamy ją jeszcze w butach i na portkach do kolan. Potok szumi groźnie a przez ten szum przedziera się jeszcze odgłos grzmotów – nadciąga burza. Jest już ciemno, my mamy na tę okazję latarkę – tylko jedną na dziesięć osób, więc ten poczciwy właściciel latarki nie dosyć, że ją targał do góry to teraz jeszcze biega z przodu grupy na jej tyły i każdemu stara się poświecić w najtrudniejszych miejscach. (Przyznaję sama, że nie było ani jednego łatwego miejsca na tej za…fajdanej – że nie powiem dosadniej, bo i tak by wycięli – drodze!!!). W pewnym momencie droga się kończy – a po co ona tu potrzebna, jak i tak nieprzejezdna i nie dla normalnych ludzi. Nie ma drogi i już! Jest tylko z prawej ściana, z lewej ściana a dołem szalejąca rzeka. Latarkowiec rzuca snop światła po tych ścianach i …..co widzimy??? Widzimy cztery metry nad sobą świeżą ziemię rozgarniętą na kształt półki i na tej niby półce stoi spychacz, który zapewne tą półkę zrobił. A ta półka to po prostu droga – nowa, świeżusieńka (świeżusieńkie błoto po kostki) droga!!! Wdrapujemy się z radością po tej świeżej ziemi i jesteśmy na nowej drodze….do naszego upragnionego autka i do biwaku.
Cdn.
*) „Mojżesz”, ksywa Stanisława Grońskiego
                                                                                       Urszula Kocik, 2006-07-10

Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.