Rozpoczęcie sezonu górskiego 2006

…Gdzie kwitnie kwiat – musi być wiosna,
a gdzie jest wiosna – wszystko wkrótce zakwitnie…
/Pearl S. Buck./

 
Jak tarnowskie cepry na powitanie wiosny w Tatry się wybrały
(Roku Pańskiego 2006, miesiąca kwietnia w krokusy strojnego).

 

          W dniach 21 – 23 kwietnia odbyła się wycieczka do Zakopanego na otwarcie sezonu turystycznego 2006. A oto, jak się sprawy miały od samiuteńkiego początku:
          Uff!!! Autobus rusza. Przypadek, że jesteśmy tutaj, że zdążyliśmy. Padam na oparcie i czekam na…
– Jak jedziemy na wschód, to zaczynamy od Azotów – słychać czyjś ożywiony głos.
– Jak jedziemy na zachód, zaczynamy od Tarnovi – proponuje ktoś niemniej podekscytowany wycieczką.
O co chodzi? Ledwo kojarzę. I tak, i tak byłoby spóźnienie. Na szczęście ogólny rozgardiasz ratuje sytuację. Oddycham więc z ulgą. Spóźnienie się upiekło. Przynajmniej na razie. Kierowniczka Marysia bierze na siebie ciężar lekkiego zawirowania w czasie, ale to nie pomaga. Kategoryczne zasady prawie grzmią w autobusie. Jakiś głos mówi, że następnym razem, to … nic nie pomogą wyjaśnienia.
          Wacek mówi ciekawie, ale autobus lekko mruczy i drży, a inni dyskutują – dolatują więc tylko strzępy opowieści i legend o dolinie Dunajca, historii prawdziwych czy nie, o Spytkach, władcach tej ziemi z dawnych epok…I tak aż do Wytrzyszczki te opowieści, niektóre nawet o naszych związkach z inkaskimi potomkami.
– Teraz stop! To chyba Zabrzeż – z drzemki budzi głos szefowej – 10 minut na siusiu. A potem to już droga prosta!
          I nareszcie Poronin! A potem do góry, na Gubałówkę! Ostro i po asfalcie. Przy zajezdni busów postój z kanapką i zaległą, wygrzebaną z dna plecaka termosową kawą. Wacek prowadzi, ale Jano dociąga i wyprzedza. Eh, Jano! Jak zawsze ma tę cholerną kondychę! Reszta drepta za nim jak na sznurku.
          Wiosna też jest z nami. W nagrzanej przestrzeni szukamy na przemian łąk kwitnących krokusów i grzejących się w słońcu bali drewnianych domostw i zagród, patrzymy na wyłączone wyciągi, słuchamy terkotu maszyn tartacznych i obserwujemy woźniców przygotowujących już bryczki do sezonu. Wszyscy oni zacierając ręce kierują się na Gubałówkę, bo tam zapewne nie brakuje chętnych do opalania.
          Gubałówka, taras, wrzaskliwa uczta wycieczek uczniowskich, prawie bez innych ciekawostek. No, a gdzie te solarki? – pytamy. Wiaterek jest jednak chłodny i kąśliwy. A my koło kolejki naszym wijącym się sznureczkiem w dół. Prędziutko do Zakopanego.
          Na Byrcynowych łąkach kolejny stop.
          Pytanie od naszej uroczej Kierowniczki:
– Kolacja o 6-stej czy 7-mej? Ale kto by tam o takich drobiazgach pamiętał! Wszyscy już chcą biegiem do kramików i… na lody. Te najlepsze, z Krupówek. Znajome podwórze już na nas czeka.
          Zakopane zapamiętujemy jako ciepłe i w miarę puste. Jest ok. Wracamy do Świerka i rozochoceni słońcem i pogodą oczywiście jesteśmy spóźnieni. Kierowniczka udziela upomnienia. Nawet Prezesowi się dostaje. Taka to Władza.
          Rozpoczyna się spotkanie, tzw. oficjałka. Prezes intonuje, przyjmuje, przemawia obiecuje i rozdaje, a Marysia Kierowniczka kieruje i ustawia, czasem ruga i strofuje, bo porządek musi być. Odznaka klubu górskiego tylko dla wybranych, ale prawo do zanucenia melodii dla każdego. Sprawiedliwość bez prawa do samostanowienia? Toż to zwyczaje naszego klubu górskiego! A następne wybory dopiero za kilka lat…Chyba dopiero na nocnych rozmowach kończy się ten dzień.
          Rano start! Oczywiście bez naszego asa narciarskiego, Tadzia, bo on już od wczoraj na Kasprowym na nartach.
– Czy ktoś go widział na śniadaniu? – utrapienie w głosie Prezesa.
W końcu w Tatry. I Łysa Polana, i Palenica Białczańska, i Włosienica, ale nam mało! Zdobyliśmy Morskie Oko, ale wciąż chcemy więcej! Rusza więc atak szczytowy nad Czarny Staw i…załamuje się po kilkudziesięciu minutach.
Okazuje się, że nawet w biały dzień, przy pięknej, słonecznej pogodzie można pomylić drogę. I to gdzie!!! Jak niepyszni wracamy i teraz już dobrze zaczynamy od początku.
         Nad Czarnym krzyże i niejasna perspektywa…no, ten kocioł…tam każdy spogląda…jak to się stało…lawina… młodzi ludzie… i tak niedawno.
– Czy można wyznaczyć w górach bezpieczne granice? – ktoś pyta – Jak to się ma do
odpowiedzialności i tworzenia pewnych możliwości dla młodych ludzi?
– Przecież my sami robimy to czasami też licząc się z niebezpieczeństwem, oceniając ryzyko – odpowiada ktoś inny.
– A czy zawsze potrafiliśmy znaleźć najlepsze rozwiązanie? Żyjemy, ale przecież wiele razy ktoś doradził, aby zmienić plan, nie wychodzić. A potem pomógł wybrać i poprowadził.
          I tylko słowa padają. Nikt nie ocenia.
– Jak możemy tą sytuację ocenić patrząc na nasze ambicje, działania i błędy?
– Ale my mieliśmy szczęście!
– A może zbyt asekuracyjni? Mało ambitni i odkrywczy? Jak można z takiej perspektywy siebie i innych porównywać! Nawet trudno zabrać w tej sprawie głos. Gdzie tu racjonalizm! – Nas, tak często związanych nie tylko wspólnymi wyprawami, ale również osobistymi doświadczeniami, na ocenę nie stać . Wiemy, że przy dobrej i złej pogodzie można zabłądzić i na tafli jeziora, i na ścieżce turystycznej.
          Zdjęcia. Koniec refleksji, bo czas na góralskie harce do Murzasichla. Powoli schodzimy w dół. Szczęśliwie i prosto do miejsca, gdzie będziemy tego wieczoru całkowicie bezpieczni.
         W izbie owej znajdowało się wiele eksponatów góralskich, m.in. barwne stroje, sprzęt kuchenny i gospodarczy, jak również obrazy i trofea myśliwskie. W tej przepięknej scenerii odbył się pełen atrakcji wieczór, podczas którego atmosfera była radosna i rodzinna. Gospodarz oraz nasi dwaj koledzy klubowi grali na skrzypcach i gitarze zachęcając wszystkich do wspólnego śpiewu.
          Wkrótce pozostali uczestnicy wycieczki włączyli się do śpiewania piosenek góralsko- górsko – turystycznych i wszelakich innych aby tylko melodyjnych i tanecznych bo tańce szły, że dudniła cała izba od szurania i potupywania. Jednak gospodarz jak na prawdziwego górala przystało, nie dał zagłuszyć się gromadzie tarnowskich ceprów i czasami do stołów do jadła i napitków dopędzał. A potrawy i napitki tego wieczora były wyśmienite, a to grilowany oscypek, a to korzenne wino, a to ożywcze piwo, a i smalczyk ze skwarkami i cebulką, a chleb jaka pychota, a kiełbaski i inne łakocie żurawiną podprawione tak, że nie wiadomo co naprzód wybierać – smakowanie czy radować ciało i ducha muzyką, i kręcić się w skakanym czy tupanym.
          Izba regionalna podzielona była na część, w której ucztowaliśmy i tańcowaliśmy oraz na część muzealną. W tej drugiej można było zobaczyć oryginalne naczynia i sprzęty góralskie, m.in.: drewniane i blaszane kubki, talerze, skopki na mleko, maślnicę, kołowrotek.
          W części biesiadnej zaś nad głowami ucztujących brzęczały krowie dzwonki zawieszone na belce stropowej. Na ścianie można było zobaczyć kolekcje tradycyjnych obrazów na szkle (słynie z nich ta część Polski), na innej belce z kolei kilka barwnych spódnic i chustek góralskich oraz gorset z tatrzańskim dziewięćsiłem. Okna ozdobione były delikatną firaneczką na tyle krótką, by można było swobodnie wyglądać na zewnątrz.
          Hej, hej!!! Jadła i napitku gospodarz nie żałuje! A i młoda gosposia też śwarno i obrotno! A było to tak wpierw, że gościnny gospodarz nie poprzestał tylko na usadzeniu przybyłych turystów przy ogromnej ławie. Rozpoczął opowiastkami różnymi, a potem na dudach, nie, nie!, na skrzypcach grał i śpiewał. A potem wiele melodii, piosenek, pieśni tańcowanych i słuchanych grała kapela ceprowsko-góralska, jako że dwaj uczestnicy naszej wycieczki, też zagrali i zaśpiewali. A wielka szkoda, że i nie zatańczyli, nie przytupali sobie żwawo.
A gawiedź się bawiła i bawiła, aż w końcu Kierowniczka zakończyła, jak przystało na Władzę, zakończyła to szaleństwo przed północą. Bo jutro na wycieczkę.
          Już ranek. Wkrótce przez dolinki i regle ruszamy na kolejne spotkanie z wiosną (a może z niedźwiedziem, o którym raz po raz piszą gazety, a między nas powraca opowieść o słynnym „odyńcu” z Roztoki).
          Dziś tylko relaks: z Małej Łąki do Kościeliskiej. Wszyscy (oprócz naszego zjazdowca Tadzia), karnie podążają trasą. Rozkosze wiosny. Prawie ciepło i prawie bez śniegu. Tatrzańska, ciepła, cicha i pogodna radość wędrowania.
          Ostatni dzień, bo trzeba wracać. Już nie długo most na Dunajcu i czas na słowo Kierowniczki. Dziękuje, zaprasza i jednocześnie kontestuje, że jeszcze nam się chce i żeby tą wartość podtrzymać, wierzyć i marzyć to na pewno się spotkamy w Górach. Tak więc bez pożegnania, ale do spotkania.
          Wierzyć, marzyć, wierzyć, marzyć, tak bez końca trwać …

                                                                                                 Barbara Sznajder, 2006-05-17

PS:

Żeby coś się zdarzyło
Żeby mogło się zdarzyć
I zjawiła się miłość
Trzeba marzyć

Zamiast dmuchać na zimne
Na gorącym się sparzyć
Z deszczu pobiec pod rynnę
Trzeba marzyć

Gdy spadają jak liście
Kartki dat z kalendarzy
Kiedy szaro i mgliście
Trzeba marzyć

W chłodnej, pustej godzinie
Na swój los się odważyć
Nim twe szczęście cię minie
Trzeba marzyć

Jonasz Kofta

Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.