Alpy 2006. Kierunek północ

 „Nie ma prawdy bez wyobraźni
                                                                                                                  i nie ma rzeczywistości bez marzenia” 
       
                                                                                                                                     /Władysław Krygowski/

 Alpy 2006. Kierunek północ.

           Majka z Edkiem pojechali. Szkoda. W większej grupie zawsze raźniej. Na szczęście pogoda się ustabilizowała. Jest zimno ale pogodnie. W sam raz na wyjście w góry. Postanawiamy spenetrować północne otoczenie doliny Saastal. Jest tam trzy czterotysięczniki Strahlhorn 4190 m, Rimpfischhorn 4199 m i Allalinhorn 4027 m. Spróbujemy.
          Rano Basia nie czuje się zbyt dobrze więc w trójkę, pierwszym autobusem, jedziemy do oddalonej o kilka kilometrów „perły Alp” jak nazywają  słynny, ośrodek narciarski Saas Fee leżący na wysokości 1800 m, oferujący przeszło 100 km tras narciarskich, z których najwyżej położone czynne są cały rok. Chcemy możliwie  najwcześniej wyjechać  kolejkę i uniknąć pierwszej falangi narciarzy, która będzie ją szturmować zaraz po śniadaniu. Autobus wysadza nas do skraju miejscowości. Dalej już tylko piechotą lub specjalnymi pojazdami elektrycznymi. W Saas Fee podobnie jak w Zermatt obowiązuje zakaz poruszania się samochodami o napędzie spalinowym. Sama miejscowość bardzo urokliwa, mistrzowsko łącząca starą, zabytkową zabudowę z nowoczesnymi luksusowymi hotelami.
           Wycyzelowane ogródki i skwerki oraz wszechobecna czystość czynią ją ciepłą i przytulną, a otaczająca panorama wysokich czterotysięczników w grani Mischabel wywiera ogromne wrażenie, a szczególnie lodowiec Fee i jego masy lodu wiszące ponad doliną. W grani czterotysięczników najbardziej wyniosłym punktem jest Dom 4545 m, szósty wierzchołek Alp a zarazem najwyższy szczyt leżący całkowicie na terytorium Szwajcarii.
         Zdobyliśmy go już kilka lat temu. Charakterystycznym punktem miejscowości jest most, zawieszony kilkadziesiąt metrów nad doliną potoku głęboko wrzynającego się w skalne podłoże i dzielącego Saas Fee na dwie części.
         Pierwszą kolejką wyjeżdżamy do stacji Felskin 2991 m. Stąd dalej  wydrążonym w skale tunelem jedzie „Metro Allpin”, podziemna kolejka, która wywozi narciarzy na wysokość 3456 m, a my z tej stacji ruszamy skalno-lodowym trawersem w kierunku schroniska Britaniahütte 3030 m, mijając po drodze pracujące już buldożery, przygotowujące na zimę nowe trasy narciarskie. 
          Przy schronisku krótki odpoczynek i schodzimy dalej na lodowiec Hohlaub. Chcemy rozbić biwak jak najdalej, żeby w zejściu nie dokładać zbędnej drogi. Niestety nie udaje nam się znaleźć dobrego miejsca na skałach, zakładamy więc biwak na lodowcu. Namiot rozbijemy później, jak zejdziemy z gór. Jest już póżno, godz. 10:00 a chcemy jeszcze dziś wejść na Strohlhorn. Przekraczamy łatwy w tym miejscu lodowiec Hohlaub, pokonujemy skalną grzędę i schodzimy na lodowiec Allalin. Na jego skraju spotykamy grupę schodzącą już ze szczytu. Dziwią się, że wychodzimy tak późno. Nie zdążycie wrócić za dnia, ostrzegają. Eee tam, przecież szczyt jest na wyciagnięcie ręki. Ruszamy mozolnie w górę po lodowcu Allalin spadającym z widocznej na tle nieba przełęczy Adlerpass 3802 m.
          Przełęcz wydaje się tuż ale godziny mijają a ona cięgle tak samo daleko. Przed pasem szczelin zostawiamy plecaki. Przecież to już tak blisko. To „blisko” osiągamy dopiero po dwóch godzinach. Na przełęczy kilka stopni mrozu bardzo silny wiatr. Dalej idziemy łatwą granią i po następnej godzinie wychodzimy na sterczący ze śniegu skalny wierzchołek.
           Jak na złość przed samym szczytem odpina mi się rak ale już dochodzę do końca w jednym.  Na szczycie mało miejsca a wiatr wieje jak oszalały. Siedząc nad urwistą ścianą usiłuję założyć rak nie zdejmując rękawic. Nic z tego. Muszę jednak zdjąć i po chwili odmrażam palce. Na szczęście teraz już tylko w dół. Jest już 16:00 więc czasu niewiele. Faktycznie za dnia nie zejdziemy. Jano i Janek ruszają szybko, żeby jeszcze za jasności rozbić namiot a ja kuśtykam powoli sam. Namiot rozbity na lodzie odnajduję już po ciemku.
           Jaśki chcą iść jutro o świcie na Allalinhorn, tak żeby wrócić jak najwcześniej i zdążyć na ostatnią kolejkę na godz. 16:00. W tej sytuacji ja rezygnuję. Przy moim tempie zejścia będę ich opóźniał i  nie będziemy mieli szans zdążyć. Oni wychodzą wcześnie i atakują szczyt granią Hohlaub.
           Przed samym szczytem pod dość trudnym ok. 30 m uskokiem grani napotykają jednak na inne wspinające się zespoły i tracą przeszło godzinę.
           Już wtedy wiedzą, że nie zdążą wrócić na czas. Na szczycie tłok, bo wejście tu od stacji Metro Allpin jest krótkie, łatwe i bardzo uczęszczane.
          Większość schodzi tą właśnie drogą a Jaśki muszą wracać tą, którą weszli. Niestety na kolejkę już nie zdążymy. Mój Boże, gdybym to wiedział wcześniej.
          Nie chce nam się drugiej nocy spędzać na lodzie więc zwijamy namiot i schodzimy do stacji kolejki. Po drodze spotykamy stado kozic, które nic sobie nie robiąc z dość dużego ruchu turystycznego i pracujących buldożerów, rezydują tu w najlepsze w symbiozie z cywilizacją i techniką.
           Noc spędzamy na stacji kolejki i rana zjeżdżamy na dół do Saas Fee. Mamy czas więc postanawiamy schodzić na piechotę drogą wzdłuż licznych kapliczek, stanowiących wota niegdysiejszych mieszkańców tych okolic.
           Dobrze im mówić piechotą. Dla mnie to kolejna gehenna. Idę więc jak po rozżarzonych węglach. Całe szczęście, że jutro już nie będę musiał. Janek z Basią i modzieżą wyjeżdżają na wieczór. Jadą do Włoch. Jano i ja zostajemy jeszcze jeden dzień.  Czas i nam wracać. Cztery czterotysięczniki w niecałe dwa tygodnie to już coś. Czy w przyszłym roku potrafimy się jeszcze zmobilizować.
                                             Krzysztof Pieńkowski, 2006-10-29

Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.