Polsko – Słowackie Spotkania Górskie. Tatry 2006

    „Wiem, że dążenie 
                                                                                                                                       bardziej jest porywające niż spełnienie”.
                                                                                                                                                                     /Henryk Furmanik/

PRZEŻYJMY TO JESZCZE RAZ…

czyli nie pierwsze i nie ostatnie Polsko – Słowackie Spotkanie Górskie „Tatry 2006”
Schronisko Murowaniec 22 – 24 wrzesień.

           Podchodzimy na Gąsienicową. Jest już dobrze po północy, światła Zakopanego widziane z trasy pozwalają rozpoznać cały układ miasta. Noc pogodna, ale bezksiężycowa; nasze oszczędne światła ledwo muskają trawy i skałki Skupniowego Upłazu. Czasami zawadzamy butem o wykroty, ale jest ciepło a droga nie zniechęca i nie dłuży się, bo radość z bycia w górach i zaglądania w ciemne, opadające w Dolinę Jaworzynki stoki niweluje wszelkie niedogodności i całodniowe zmęczenie. 
Nie spieszymy się, opowiadamy, raczej rozpamiętujemy „ostatnie Alpy”, nie narzekamy, lecz oceniamy zaistniałe zdarzenia i staramy się rozpracować racjonalny transport do Zakopanego.
         Próbowaliśmy dzisiaj zagrać va bank i przechytrzyć los startując z etapu pośredniego, z Myślenic. Niestety od pół do siódmej wieczorem mimo podejmowanych różnych zabiegów, nie udało nam się stamtąd wydostać. Prawie zrezygnowani podeszliśmy jeszcze raz na Dworzec Autobusowy (gdzie gość, jeszcze godzinę wcześniej drzemiący w kucki, osunął się ze zmęczenia… mając za poduszkę worek foliowy – jest piątek, widocznie tak już musi być ). Tym razem szczęście nam sprzyjało i autobusem wypełnionym młodymi ludźmi relacji Łódź – Zakopane, w którym panowała potężna duchota ,zatłoczoną „zakopianką” pędziliśmy do celu z prędkością kilkunastu kilometrów na godzinę.
          Przede mną spora postura Krzysztofa Prezesa – przesuwające się światło migocze na podświetlanych kamieniach ścieżki, przełamujemy się przez przełączkę, wchodzimy na Karczmisko. Z prawej słychać ryk zwierzęcia . No tak, jeszcze za ciepło, aby misie zapadły w zimowy sen, jeszcze chodzą i żerują z młodymi, czasami okraszając to odgłosami na szczęście przez nas słyszanym tylko z oddali. Teraz lekko przyspieszamy, ścieżka prowadzi poziomym trawersem zmieniając się prawie w drogę. Dochodzimy do pierwszych jodeł na końcu Karczmiska, jesteśmy już kilkaset metrów od Schroniska gdy ponownie, gdzieś z okolic podejścia w Dolinę Pańszczycy rozlega się ryk. Za chwilę znowu, tym razem znacznie bliższy, jakby za schroniskiem. 
         Teraz czujemy się trochę nieswojo, przyspieszamy kroku dodając sobie otuchy i wspominając historię spotkania niedźwiedzia w Roztoce, o której krąży w naszej grupie opowieść z kolegą myśliwym w tle. Drzwi schroniska stoją otworem, przeciskamy się przez korytarze wypełnione śpiącymi turystami. Szukamy pokoju gdzie z częścią naszej grupy nocujemy w jakże wspaniałych łóżkowych warunkach. Staramy się szybko i cicho rozlokować i spać (lekko podchrapując), bo ranek blisko…
          Poranne śniadanie. Jest w nas optymizm, bo miejsce właściwe, bo obecni są uczestnicy spotkania z Jurajem – naszym przyjacielem Słowakiem na czele i Pełnym Pocztem Prezesów KG Karpaty 1975 – 2006, bo wiele wspólnych wypraw było wczoraj i będą dzisiaj rozmowy na temat następnych, a więc wspomnienia, ale też plany i zamiary, bo mimo wszystko ciągle nam się jeszcze chce.
           Na zewnątrz bardzo ciepło żeby nie powiedzieć upalnie, choć już po połowie września i słońce nie tak ostre. Powoli ruszamy. Godzina jest w miarę poranna, nie ma mgieł – co za widoki! – Tatry znowu nas urzekają.
          Dzielimy się na grupy pod względem chęci i uważania. Jano, Jadzia i Franek kierują się do Pańszczycy i zamierzają iść poprawnie od lewej do prawej, przez Orlą Perć od Krzyżnego do Granatów. Tadziu wybrał drogę kontrującą i podąża na lewo – z Granatów do Krzyżnego – zupełnie niezgodnie z przyjętymi obecnie zasadami – ryzykuje, że spadnie… Marysia ze Zdziskiem na Zawrat, Zbyszek i Juraj na spacer po dolinie.
          Dla wspinających się jeszcze przed wyjściem, Prezes wybrał drogę północnym filarem na Świnicę z Kotlinki Świnickiej.
          Podchodzimy pod filar Świnicy. Staszek wyprzedza wszystkich i przemyka między stawkami, dalej Barbara i ja – to będzie jeden zespół. Opowiadający Maciek, słuchający Józek i układający Krzysztof, to drugi zespół. Kto ma Staszka w grupie, ten musi wejść pierwszy w ścianę – jego ambicja i duma zostałaby nadszarpnięte, gdyby nie poprowadził pierwszego, a także najtrudniejszego wyciągu. Schodzimy z turystycznej ścieżki i kierujemy się w miejsce, gdzie północny filar Świnicy schodzi najniżej tworząc obryw, w którym początek drogi tworzą zacięcia, ścianki i kominki.
          Pod ścianą Staszek prezentuje zbiór haków, które jak za dawnych lat będą brzęczeć przyjaźnie przy uprzęży i dodawać otuchy przy asekuracji . Nagle ze ścieżki prowadzącej na Świnicką Przełęcz dolatuje do nas głos młodego człowieka strofującego nas za zejście ze znakowanego szlaku – gdzie my idziemy, gdzie tam się pchamy, co tam robimy i jak z naszymi uprawnieniami i umiejętnościami, bo zeszliśmy z trasy. Młody świeżo opierzony przewodnik prowadzi stadko dziewcząt więc musi się popisać swoją pryncypialnością i władzą. Krzysztof informuje o zamiarze wspinania się na filar Świnicy i o tym, że posiadamy odpowiednie uprawniena. Mimo to młodzian żąda odejścia od ściany i wylegitymowania się. Ponieważ dzieli nas odległość kilkuset metrów, żaden z nas nie ma zamiaru schodzić na dół. Józek proponuje, aby młody człowiek sam się pofatygował do nas. Z tamtej strony słychać jakieś zrzędzenie, potem straszenie na końcu powątpiewanie o naszych umiejętnościach wspinaczkowych i możliwościach w wyjściu ścianą na szczyt. Najwyraźniej jednak nie chce zostawić swojego „stadka” i sprawdzać naszych uprawnień, bo jak się okaże, że je mamy, to się ośmieszy i jego autorytet legnie w gruzach. Nie zważając na jego pokrzykiwania zaczynamy się wspinać. W końcu każdy z nas poszedł swoją drogą. Urzeczeni naszą górską wyprawą szybko zapomnieliśmy o tym incydencie, który był próbą ingerowania w „Góry Naszej Młodości”.
           Droga była cudowna, pogoda pewna, ale my wspinaliśmy się w cieniu, słońce oświetlało dolinę i rysujące się naprzeciwko ściany skalne. Rozpoznawaliśmy głosy dobiegające z dołu od naszych kolegów. Echem od skalnych ścian odbijały się komendy: „Daj luz!”, „Przy haku!”, „Mam auto!”, „Ściągaj!”, „Idę!”, „Chodź!”. Cała droga jest oceniana w skali technicznych trudności jako trudna z kilkoma miejscami bardzo trudnymi, ale ogólnie Świnica jest bardzo przyjemną i wdzięczną ścianą wspinaczkową tak w zimie jak i w lecie, również ze względu na łatwość zejścia i wycofania się. W połowie ściany przebiega bowiem trawers, po którym można zejść z wybranej drogi wspinaczkowej i wrócić na ścieżkę turystyczną poprzez Świnicką Przełęcz. Wspinając się coraz wyżej wyczuwaliśmy coraz cieplejsze podmuchy wiatru – inwersja i doznając w pełni radości wspinania. 
          Skała pewna i sucha bo od wielu dninie padało, we wspaniałej kompanii,z dźwiękiem uderzeń młotka przy wbijaniu haków w szczeliny skalne przez Staszka, moim pokrzykiwaniem dla podniesienia tempa, spokojnego wyważonego głosu Krzysztofa, Maćkowych kawałów i Józkowych opowiastek Cała wspólnota jak zwykle przyzywała mnie przy tym do podporządkowania się grupie, a nie indywidualnego działania.
          W tym miejscu cisną się a usta słowa mojego pierwszego instruktora taternictwa, które zapamiętałem do dziś, „że stale trzeba pamiętać o dozowaniu ryzyka w czasie wspinaczki, że nie zawsze można iść na maksa. Czasem należy zwolnić nieco, aby nie zrobić fałszywego kroku i aby w końcu móc odnaleźć siebie…”1 .
           Ta sielanka na filarze Świnicy mogłaby trwać i trwać, ale jak to w życiu bywa drobny incydent na stanowisku asekuracyjnym sprawił, iż wróciliśmy naszym trójkowym zespołem szybciutko do rzeczywistości. Ostatnie wyciągi przed szczytem to wspinaczka w mocnej nieźle urzeźbionej skale, uformowanej w filarki, zacięcia, kominki i grzędy – czyli sucho i przy jakże znajomych widokach na grań Kościelców, Czerwone Wierchy, Giewont …. a i ostatnie metry w pełnym słońcu.
          Później jedynie trawers i skok przez grań do normalności – czyli spotkanie z rzeszą roznegliżownych turystów na wierzchołku.    
         Jeszcze mamy sporo czasu do zmierzchu, więc dalej na Orlą i zejście przez Kozią Przełączkę w słońcu, z szacunkiem dla gór a jednocześnie z satysfakcją, którą każdy z nas odczuwa, gdyż odchodzący dzień wzbogacił nas o kolejne doświadczenia i doznania. Jest wieczór, gwar w schronisku faluje, ale staje się coraz mniej dokuczliwy i stopniowo przycicha. To ostatni turyści, którzy schodząc do Zakopanego, opuszczają jadalnię. Reszta mieszkających tutaj zmęczona dniem zatapia się w swoich sprawach, cichych rozmowach, albumach i książkach, muzyce z MP 3. Dla naszej grupy Drugi Dzień Spotkań Polsko – Słowackich. Dla nas z Krzysztofem drugi i jedyny. Przed spotkaniem zostajemy mile zaskoczeni przez uczestniczkę naszego alpejskiego wyjazdu – Majkę, która wręcza Janowi, Krzyśkowi i Barbarze wybrane z albumu zdjęciowego i oprawione w ramki ujęcia naszych alpejskich doznań.
          Dwudniowe spotkania polsko – słowackie odbywały się w godzinach wieczornych po zapadnięciu zmroku pierwszego i drugiego dnia pobytu. Stronę słowacka reprezentował Juraj. Były to przepiękne wieczory pełne wspomnień. Większość ludzi znała już Juraja. Zaliczyli z nim wiele wypraw do Tanzani, Malezji, Peru, Singapu, Malezji, Indii, Nepalu, Gruzji, Rosji. Byli w Alpach, Himalajach, Andach, na Kaukazie, zdobyli Kilimandżaro i wiele szczytów w naszych swojskich Tatrach. Kilka osób wspominało epizody związane z wyprawami z Jurajem: przejścia przez rzeki i potoki, granice, zdolności kulinarne i „ stałą opieka nad Naszym Prezesem”. 
          Przeróżne były te przygody, które im towarzyszyły podczas wypraw Jurajem – raz go nawet, w ostatnim dniu wyprawy, miejscowe władze deportowały  i pod eskortą wprowadzały do samolotu.
Pamiętaliśmy też, że w czasie wypraw przekroczenie granicy nepalskiej z Jurajem, stwarzało zawsze określone wyzwanie.
Juraj wygłosił też wykład filozoficzny, który głęboko zapadł nam w pamięci. 
          Po filozoficznym wprowadzeniu Juraj przedstawił zagadnienia jakie zostały zawarte w wydanej książce „Výcvik a nasadenie záchranného psa”, której jest współautorem. Jeden egzemplarz wydania przekazał z dedykacją dla Klubu Górskiego. Należy tutaj zaznaczyć, że tematyka zawarta w książce ociera się o profesję zawodową i społeczną Juraja z racji wykształcenia (przypominamy, że Juraj jest nieludzkim doktorem czyli weterynarzem, więc na zwierzętach w tym i psach pewnie trochę się zna) oraz z racji działalności społecznej (jest ratownikiem górskim).
         Oba wieczory zawsze urozmaicone były śpiewem piosenek turystycznych, które przerywane były krótkimi opowieściami lub anegdotami. Nie obyło się bez tradycyjnego poczęstunku wyśmienitym serem słowackim i smakowaniem znanych u południowych sąsiadów likierowych nalewek. Z tych delicji słyną są wszystkie wyjazdy z Jurajem.
          Ostatniego dnia najambitniejsza grupa, czyli Maciek i Jadzia, skoro świt podążyła w stronę Czerwonych Wierchów.
           Pozostali wybrali różne drogi powrotu. My w czwórkę popędziliśmy na Toporową Cyrhlę przez Dolinę Olczyską, gdzie spotkaliśmy się jeszcze z ratownikiem TOPRU, naszym dobrym znajomym Janem Tyborem. Po około godzinnych rozmowach o możliwościach poruszania się w górach, bezpieczeństwie i wspinaczce Janka na ścianie Eigeru pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w kierunku Tarnowa. Przejeżdżając trasą przez Gorce i Pieniny, często odwracaliśmy głowę w kierunku znikających w oddali Tatr.

Do zobaczenia!

                                           Barbara i Jan Sznajder, 2006-11-05

1 S. Worwa, Bliżej nieba. Zbiór wspomnień górskich, Kraków 2003,s.228.

Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.