Tatry – październik 2006

 „Wielkie rzeczy dzieją się,
                                                                                                                                               gdy spotykają się ludzie z górami”
                                                                                                                                                           (Przysłowie starobuddyjskie)
 

          Kolejny raz jedziemy w Tatry. Który to już raz? Nie wiem, nie jestem w stanie i nie chcę liczyć. Góry a szczególnie skalne Tatry, mają coś co serce ściska a duszę goi. Dla wielu naszych przyjaciół, znajomych były „Bramą w nieskończone przestrzenie Nieba”.
         Tym razem jedziemy z przystankiem na pogrzeb koleżanki turystki – Jadzi Malec. Pożegnanie najpierw w kościele a potem na cmentarzu w Mszanie Dolnej.
          Wspaniała pogoda na wędrówkę. Gdzie pójdziemy, które szlaki przedepczemy ? Jakie emocje, przeżycia będą nam towarzyszyć? Już wiemy, ruszamy do Doliny Pięciu Stawów Polskich. W dolnej części Doliny Roztoki stanowiącej skalisty wąwóz, w którym grzmią głucho w skalnej czeluści malownicze kaskady i wodospady potoku Roztoki, zwane Wodogrzmotami Mickiewicza, grupa się rozdzieliła. Większa część poszła w górę doliną do Pięciu Stawów a cztery osoby w stronę Morskiego Oka. Wijącą się przez las drogą ponad Doliną Białej Wody a później śmiałymi serpentynami Doliną Rybiego Potoku przecinając Głęboki Żleb, którym zimą spadają spod Opalonego Wierchu lawiny, zostawiając ślady w postaci wyłamanego lasu, docieramy do moreny zamykającej Morskie Oko. Przed nami kolejny raz podziwiane, wspaniałe i czarujące jezioro – Morskie Oko, położone w uroczej kotlinie tworzącej granitowy amfiteatr skał wznoszących się przeszło 1000 metrów nad jeziorem.
          Ujęci tajemniczym urokiem tego tatrzańskiego zwierciadła wspominaliśmy dawne legendy i podania mówiące o połączeniu jeziora z morzem, o bezdennej jego głębi w którą przed wiekami zapadło się zaklęte miasto, o dziwacznych rybach i potworach morskich porywających owce pasące się nad brzegiem. „Na Rybim Stawie – zwierzał się stary leśny – na pośrodek wysła pani morsko, warkoce takie miała, tak tońcyła… potem to sie osfyrkło w wode, wyseł baran, a po wodzie skokoł, to znów z wody sie świeciło…”
Idziemy do Doliny Pięciu Stawów Polskich przez Opalone i Świstówkę. Wśród łanów bujnej kosodrzewiny, wyniosłych limb i niezwykle rosłej jarzębiny i brzozy karpackiej wije się nasza ścieżka po zboczach Opalonego Wierchu.  Przekraczając Głęboki Żleb zatrzymujemy się na Wolarni Nad Kępą. Z Kępy roztacza się piękny widok na potężne ściany szczytów otaczających kotlinę Morskiego Oka. Wał chmur zbliżającego się halnego, jak czapa przykrywa szczyty Żabich, Rysów, Wołowego Grzbietu i Mięguszów.
          Droga do Wolarni, chociaż  nie bardzo trudząca, jednak mozolna, zmęczyła nas trochę. Strudzeni i spragnieni, usiedliśmy na trawiastym upłazie. Napatrzywszy się i zaspokoiwszy pragnienie i apetyt, pobudzony czystym górskim powietrzem, pokrzepieni na siłach, ruszyliśmy w dalszą drogę. Szerokim prawie poziomym, trawiastym grzbietem między Doliną Roztoki a Doliną Rybiego Potoku pod Opalonym Wierchem, wchodzimy przez kamienisty kocioł Świstówki Rostockiej na Świstową Czubę. Widok stąd ciekawy i piękny.
         Tutaj, stojąc na bezpiecznym i dość obszernym miejscu, mogliśmy podziwiać olbrzymie cuda otaczającej nas natury. U stóp naszych przepaść głęboka, straszna! To dolina Roztoki, którą będziemy wędrować w dół. Patrząc z tej wysokości, rozkoszujemy się widokami. Włodek mówi „ta dolina jest ładniejsza niż Wąwóz Kolka”. Wołoszyn cichy, dziki,  ale potężny, wspaniały i piękny. U jego stóp, na dnie przepaści, wije się szalona Roztoka, jakby wąziutka biała wstążeczka. Na lewo za nami, na północny zachód, otwiera się rozległa dolina Pięciu Stawów, mrugająca oczami stawów.
          Ku wschodowi rozstępują się granitowe ściany olbrzymów i w głębi najcudniejszy przedstawia się krajobraz, niby ogród nadobny, którego wdziękiem natura tak tutaj groźna, dzika, zmartwiała, łagodzi nieco surowość swego oblicza. Ujęta w skaliste ramy, roztacza się w dali część spiskiej i wschodnio-północny brzeg doliny nowotarskiej; niepewnemi barwami rysują się na widnokręgu od północy grzbiety Bieskidów, stąd wygladające jakby niewielkie pagórki. Dalej sterczą skaliste Pieniny, a na ich zachodnich stopniach zwaliska Czorsztyna i bielejące mury węgierskiego zamku Dunajca. […]*
                Po stromym stoku trawiastym, przez kosówkę i kamienistą kotlinkę obok Małego i Przedniego Stawu dochodzimy do schroniska. Teraz doświadczamy, że wychodzenie pod górę, na pozór trudniejsze, nie umęczy tak, jak spuszczanie się na dół po stromej pochyłości zasłanej śliską trawą pod którą kryją się kamienie usuwające się pod nogami.
       Goniący nas czas nie pozwala na dłuższy odpoczynek. Spuszczamy się wartko w dół.
Obok strumień siklawowej wody z hukiem wpada w otchłań na granitowe skały o które rozbija się z nieopisaną gwałtownością. Spienione wody, tworzą wiry, fontanny, kipią, spadają w dolinę, szalonym pędem spieszą do Białki, która będąc bystrą rzeką, wydaje się spokojną wobec tego rozhukanego potoku. Jest tu jeszcze kilka innych potoków – potok w Żlebie pod Krzyżnem czy w Szerokim Żlebie Buczynowym z Buczynową Siklawą – spadających cieniutką białą nitką ze zboczy Wołoszyna. Te jednak choć bardzo urokliwe, nieporównywalnie są mniejsze i nie tak gwałtowne, nie zwracają uwagi.
        Idąc drogą, raz z prawej raz z lewej strony potoku Roztoka podziwiamy rosnące na zboczach doliny bory limbowe, jedne z najpiękniejszych i najbogatszych w Tatrach. Spora domieszka drzew liściastych – jarzębina, brzoza, wierzba śląska – szczególnie teraz dodaje uroku. W turniach Wołoszyna i Opalonego żyją kozice a na zimę urządzają tu sobie legowiska (gawry) niedźwiedzie. W pionowym urwisku Orlej Ściany w Opalonem kiedyś gnieździła się para orłów przednich. Szybko mijamy Wodogrzmoty i trzy minuty przed umówioną godziną jesteśmy na Palenicy Białczańskiej.
       Góry to wspaniały fenomen stworzenia. Urzekają swym pięknem i potęgą. Można im oddać całe swoje życie, swój czas i siebie. Zauroczeni wracamy do nich w wolnej chwili by po prostu odpocząć, pokontemplować i poczuć życie.
                                                                                    

                                                  Maciej Ziomek, 2006-12-04

*Fragment książeczki Marii Steczkowskiej z roku 1858 pt. Obrazki z podróży do Tatrów i Pienin.

Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.