Zimowe spotkanie karnawałowe na Brzance 2007

„Wszystko się ku nam przybliży i w zachwyceniu ukaże. 
                                                                                   Dawno zgubione radości, imiona nasze i twarze.”
                                                                                                                                       /J. Pietrzycki/

        
„Zimowe” Spotkanie karnawałowe na Brzance.

           Jest sobota, 13 stycznia. Cały tydzień w Polsce (i nie tylko) potężne wichury. Prawie jak na Syberii, tylko z tą różnicą, że temperatury śródziemnomorskie, czyli +10 stopni. Najstarsi „Karpatowicze” takiej zimy nie pamiętają. Od 10 listopada zero śniegu i mrozu. A tu Klubowicze, jak co roku, zaplanowali zimowe spotkanie na Brzance. W poprzednich latach przybywali do Bacówki przeważnie przebijając się przez zaspy, a tego roku jedynym zmartwieniem jest obawa dostania po głowie spadającym konarem. Na całe szczęście rano jest względnie spokojnie i nawet nie pada deszcz.
           Z Gromnika szlakiem żółtym przez „listopadowy „ las, wyrusza na Brzankę grupka śmiałków, wlokąc ze sobą młodego 10-letniego adepta turystyki, zwanego przez dziadka „pieronkiem „. Może to przezwisko odstraszy złe moce w czasie drogi. Przewidywania sprawdziły się. Szło im się wyjątkowo dobrze.
Nasz „klubowy doktor” Kazio, rozpalił tradycyjne ognisko, na którym uroczyście przypieczono kiełbaski z umiarem podlewając je śliwowicą. Oczywiście wszystko gwoli zabicia zarazków.
          Do Bacówki bardzo ambitnym szlakiem z Tuchowa dotarł jeszcze Jano, a jeszcze ambitniejszym z Jodłówki Tuchowskiej, bodajże tylko Maciek. Reszta towarzystwa, wyjątkowo rozleniwiona dojechała transportem samochodowym. Widać, nie tylko zmienia się klimat, ale i zachowanie ludku turystycznego. Mimo tego nazbierało się nas 34 Luda. Powolne rozhowory w świątecznym wystroju bacówki trwały do wieczora, póki szefostwo Klubu nie pozbierało koleżeństwa do odbycia wieczornicy artystyczno-kolędowej. Po krótkim omówieniu spraw organizacyjnych i przedstawieniu nowych planów wyjazdowych w 2007r,
Marysieńka jako przedstawiciel Tarnowskiego Komitetu Organizacyjnego Orkiestry Świątecznej Pomocy, wyciągnęła puszkę (legalną-zarejestrowaną) na datki, rozwiesiła plakat i zachęciła do ofiarowania, „co, ile, kto może”. Każdy darczyńca dostał, a jakże serduszko Orkiestry. Ala, szefowa Bacówki bardzo ucieszyła się z tego wydarzenia, ponieważ pierwszy raz  puszka WOŚP dotarła w ciągu tych 15 lat do schroniska.
Jeszcze tylko odbyło się uroczyste wręczenie dyplomu WOŚP naszej koleżance, która od 4 lat przeznacza swoje anioły na desce na aukcje Orkiestry i Pan Prezes zabrał się do „piłowania” skrzypiec, wydobywając z tego pudła różne pastorałki i kolędy.
          Dzielnie, wielogłosowo (mój Jezusicku, jak Ty to w niebie znosisz), klubowicze go wspierali, jak mogli najlepiej. Dobrze, że nadal mamy silną grupę śpiewającą. Parę wierszy o treści świątecznej robiło za przerywniki w śpiewaniu. 
Po dwóch godzinach, zachrypnięte towarzystwo z ulgą przyjęło okrzyk Ali z kuchni -„leci zupa gulaszowa”.
          Po kolacji, nasze rodzime artystki sztuki cukierniczej, zaprezentowały swoje wypieki. Oczywiście, jak przystało na karnawał nie zabrakło grzańca i mistrzowskich domowych nalewek naszego Mareczka.
    Kiedy brzuchy zaczęły ciążyć z przejedzenia, zarządzono tańce i hołupce. Kto chciał, ten jak przystało na naszą tradycję, wystąpił w przebraniu karnawałowym. Zawitały do nas różne Indianki, gwiazdy, baletnice i wróżki. Nawet specjalną przepustkę dostał więzień nr 1111. Z haremu, ominąwszy straże, urwała się zakwefiona hurysa.
      Pomysłowości ludzkiej nie było granic. I tak trzymać. A na tym, co się dalej działo, połóżmy całun milczenia. W każdym razie przyzwoici ludzie poszli spać około 4 godz.
           W niedzielę od samiutkiego rana (niektórzy to naprawdę mają uszkodzony gen snu) wychodzono na różne powrotne trasy. A to do Ryglic, a to do Tuchowa, Burzyna i Lubaszowej. Jedynie zmotoryzowani potuptali po śniadaniu, około południa sprawdzić, co słychać na Ostrym Kamieniu.
           No i wlekąca się na samym ostatku Hanka usłyszała, co słychać. Ryczący, orający oponami szlak turystyczny od Bistuszowej po Kamień, pojazd terenowy zwany quadem. ,Już ta „zaraza” dotarła i na nasze spokojne szlaki. Nie ma na nich silnych, ponieważ pojazdy te nie są o dziwo „rejestrowane, a kierowcy chronieni kaskami, nie do rozpoznania. Aż ciarki chodzą po plecach, jak pomyślę, że z nadejściem wiosny szlaki zapełnią się turystami, (np. z dziećmi) i będą oni przeganiani ze ścieżek przez tych „amatorów” przyrody.
           Kończę relację tą mało optymistyczną prognozą, równocześnie zapraszając na szlaki tatrzańskie w kwietniu, mając nadzieję, że tam jeszcze tzw. terenówki nadal nie mają wjazdu.

                                                                         Hanka Lorenowicz,  2007-01-29

Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.