Na kresach II Rzeczpospolitej (cz. III)

„Żyjesz w świecie symboli i znaków.
Wszystko znaczy więcej,
niż widzą Twoje oczy i dotykają ręce.”
/Roman E.Rogowski/

NA KRESACH II RZECZPOSPOLITEJ (część III)

Odwiedziliśmy jeszcze pocztę, aby kupić kartkę dla naszego znajomego kolekcjonera i wracamy na mołdawska stronę Dniestru, który teraz, w godzinach południowych, nasrożył swą powierzchnię wielkimi falami wywołującymi wrażenie, jakby płynął w przeciwnym kierunku.
Wsiadamy do samochodów i żegnamy Raszków – jedziemy w kierunku północnym.
Następnym punktem dzisiejszego programu jest zwiedzanie twierdzy w Sorokach. Docieramy tam bezbłędnie a twierdza i przewodnik – pasjonat mołdawsko-ukraińskiej historii, opowiadający nam jej dzieje po rosyjsku, okazały się ciekawym punktem naszej wyprawy. Pierwsza twierdza powstała pod koniec XV wieku i była drewniana. Obecną, kamienną piaskowcową wybudowano w latach 1543-48.
Służyła podtrzymaniu potęgi Hospodarstwa Mołdawskiego w konfrontacji z wojskami tatarskimi, tureckimi, kozackimi. W pogoni za armią otomańską, aby ją odeprzeć od granic Rzeczypospolitej (granica przebiegała wówczas wzdłuż Dniestru), w 1691 roku zajął twierdzę nasz król, Jan III Sobieski wraz z 300 rycerzami. W następnym roku Polacy ją wyremontowali, a jej dowódcą został pułkownik Rapp. W 1692 roku Mołdawianie chcieli przejąć twierdzę od Rappa, oblężenie trwało 40 dni i nie udało im się jej zdobyć. W 1701 roku twierdzę zajął car Piotr I. Rosjanie spalili ją w 1737 roku i od tego czasu jest to już tylko dobrze zachowana ruina. Twierdza w Sorokach to rotunda o średnicy 37,5 m, do której dostawiono pięć półkolistych bastionów. Grubość ścian zakończonych krenelażem dochodzi do 5 m a wysokie są na 27 m. Wchodzi się przez bramę z herbem Mołdawii w portalu, na owalny dziedziniec ze studnią pośrodku.
W wieży bramnej na piętrze była niegdyś kaplica, obecnie jest tam cerkiew prawosławna. Z poszczególnych bastionów piękne widoki na przepływający w pobliżu Dniestr. Wokół twierdzy teren rekreacyjny z pięknie utrzymanym trawnikiem i ławkami.
Żegnamy Soroki i mkniemy ku granicy z Ukrainą. Po drodze chcemy znaleźć pomnik hetmana Stefana Żółkiewskiego. Ufundował go w pobliżu miejsca, gdzie zmarł ranny pod Cecorą hetman, jego syn, Jan. Dzisiaj ta miejscowość nazywa się Bieriezowka i leży pięć kilometrów od przejścia granicznego mołdawsko-ukraińskiego Ataki-Mohylew Podolski. Jest to piętrowy obelisk z tablicami inskrypcyjnymi ufundowanymi przez syna – starszaz 1620 roku i druga, młodsza z 2001 roku, jako pamiątka po renowacji zabytku przez Polaków. Pomnik góruje nad otaczającymi go wokoło, pięknie utrzymanymi sadami.
Nie bez kłopotów (oczywiście bakszysz !) przekraczamy granicę, a jeszcze dla poprawy naszych humorów ukraiński pan policjant nas zatrzymał – ten tylko, na szczęście, zdawkowo spytał o dokumenty i życzył szczęśliwej podróży. Jedziemy tradycyjną ukraińską drogą, obsadzoną po obu stronach kilkumetrowej szerokości pasem lasu, tak, że krajobrazu nie widać (to nie to, co na Mołdawii). Nocleg znaleźliśmy nie wiadomo, gdzie, jest schowany za przydrożnymi krzakami i chyba będzie niezły (oprócz komarów i meszek!!). Namioty na wszelki wypadek rozbiliśmy – tzn. półtora namiotu. Sąsiadom wystarczył tylko tropik, bo koniecznie chcieli mieć kontakt z tutejszą bujną roślinnością także nocą – w swoim M-3 mieć świeżą zieleń! A Paweł jak zwykle pod chmurką.
30 maja! Już wiadomo gdzie. To odludzie między Honkowcami a Riwnem na trasie Mohylew Podolski – Kamieniec, też Podolski. Dziś mamy do przejechania ponad 300 km i chcemy jeszcze obejrzeć zamki w Kamieńcu Podolskim i w Chocimiu. Marzy nam się wpaść do pobliskiej Kamieńcowi Bakoty, ale czy zdążymy? W tej Bakocie są pozostałości eremów wykutych w wysokich, skalnych zboczach dniestrowego jaru (coś podobnego jak koło Orhei). Ale najważniejszy w całych krajobrazie tamtejszej okolicy jest ów jar – szeroki, kręty, głęboki – pamiętam jego widok sprzed kilku lat – w promieniach zachodzącego słońca tworzy bajkową krainę. Dniestr w tym miejscu jest wyjątkowo szeroki dzięki zbudowanej kilkadziesiąt kilometrów niżej zaporze. Warto zobaczyć! Z Bakotą się nie udało, niestety.
Twierdze podolskie mają się dobrze – a nawet coraz lepiej! Ruch turystyczny kwitnie a remonty i rekonstrukcje trwają.
W Chocimiu wszystkie dachy pokryto jednakowym gontem, zrekonstruowano kaplicę i urządzono w niej cerkiew. I prace renowacyjne trwają. Dodatkowo w scenerii zamczyska, wzdłuż jednego rzędu obwałowań pojawił się tabor wojsk kozackich, jakoby oblegających twierdzę. Są to ustawione obok siebie wozy na drewnianych kołach, na których ustawiono armaty, pomiędzy wozami również sterczą lufy armatnie. Piki kozackie na sztorc ustawione (sprawdziłam, były …gumowe!). Na wietrze trzepocą chorągwie poszczególnych sotni. W pobliżu wozów wielkie bębny do podsycania atmosfery walki. Za rzędem wozów majdan z miejscem na ognisko, obok którego przygotowane wielkie kotły do gotowania strawy, kosze i inne sprzęty kucharskie, oraz suszące się na sznurku szerokie portki kozackie. W pobliżu przemknęło dwóch kozaków w takichże „kozackich dżinsach” z osełedcem i sumiastymi wąsami założonymi za uszy. Ech, strach się bać!
Do Zaroślaka, po załatwieniu formalności związanych z wjazdem do parku narodowego, dojeżdżamy tuż przed zachodem słońca. Ponieważ w parku nie można rozbijać namiotów, dostajemy nocleg w turbazie pamiętającej, zapewne, lepsze czasy – jesteśmy jedynymi gośćmi. Rano mamy zaliczyć Howerlę. Wspomnę jeszcze, że temperatura w Czarnohorze wynosi obecnie wieczorem +9C, a rano, gdy wyjeżdżaliśmy z noclegowiska mieliśmy ich aż 24. Dlatego pracownicy parku patrzyli na nas, będących w samych podkoszulkach i krótkich spodniach, trochę ze zdziwieniem.
Siedzimy sobie wieczorem w pokoju i „pracujemy na chorobę wysokościową” a tu Basia-rabia wpada z niespodzianką! Spadł chyba z księżyca nasz ….kolega! Przypędził do nas swym nieziemskim „cinkusiem”.
Jutro zatem będzie siedmioro krasnoludków zdobywać najwyższy szczyt Ukrainy.
cdn.
Urszula Kocik, 2007-07-29

Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.