Ostatnia czwarta część reportażu z wyprawy Mołdawsko-Ukraińskiej

Potoki wody z nieba płyną.
W domach zamknięte drzwi i okna.
Powiedz mi, czyją to jest winą,
Że trawa dzisiaj taka mokra.”
/B. Adamek/


W GÓRACH KAŻDA POGODA JEST DOBRA JEST DOBRA.
ALE CZASEM JEST LEPSZA. (część IV)

A jutro przywitało nas obfitym deszczem, miny nam zrzedły. Przeczekujemy ten najrzęsistszy i wyruszamy, cały czas pod górę, wraz z odległością wzrasta stopień nachylenia stoku. Moje to już chyba trzecie wejście na Howerlę, z Zaroślaka drugie, więc wiem jak to wygląda. Niestety, tu jeszcze rododendrony nie kwitną. Właściwie, to niewiele widać, mgła strzeże zakamarków krajobrazu – na darmo, my wiemy, że tu jest pięknie!.
Spotykamy dwóch turystów schodzących już ze szczytu, musieli wcześnie wstać i, nie bacząc na deszcz, iść w góry. To ociemniały ksiądz prawosławny ze swoim przewodnikiem – zamieniamy kilka ciepłych słów i otrzymawszy błogosławieństwo, ruszmy dalej.
Na przełęczy pod Howerlą spotykamy jakąś grupę, okazuje się, że to ukraińska młodzież z polskim księdzem (pracuje tu już 10 lat a teraz wybiera się do pracy do Pietropawłowska Kamczackiego!!)zdobywa ukraińską, świętą górę. A na szczycie oprócz mgły wita nas kilka pomników, które mają coś tam upamiętniać, ale albo już są troszkę zniszczone, albo całkiem w ruinie. Pamiętam, parę lat wstecz nad Czarnohorą górował tryzub umieszczony na wysokim cokole, a teraz ten cokół zmalał a tryzub dochodzi swoich dni na ziemi. I brakuje ukraińskiej flagi. Te dwa symbole by wystarczyły. I niestety, jest za to dużo śmieci. Na szczęście nie ma pań w klapeczkach na obcasie, jak poprzednio zaobserwowałam. Postanawiamy dojść do Jeziora Niesamowitego i stamtąd przez Maryszewską dojść do Zaroślaka. Na zachętę odsłoniły się wspaniałe widoki. Spotykamy trzech turystów prowadzących objuczone konie – bagatelka! – to jakiś Węgier wędruje sobie z Mongolii na Węgry i na terenie Ukrainy wziął sobie dwóch Ukraińców do towarzystwa. Ot, fantazja! Mijamy Pożyżewską, Dancerz, Turkuł i schodzimy do Jeziora Niesamowitego, które na razie nie jest niesamowite, dlatego w spokoju spożywamy obiad. Ale na ostatnie kęsy spadły już, niestety, krople deszczu, zwiastując nadchodzącą burzę. Burza nie była bardzo grzmotliwa, ale mokra. Ścieżkami płynęły potoki wody po kostki. Żeby chociaż wiedzieć, którą ścieżkę wybrać (nie, jeszcze nie ma wyznaczonych szlaków).
Zejście jest długie, z czasem jest nam wszystko jedno, czy pada, czy nie, i tak jesteśmy wszyscy mokrzy. Buty też! Ale po zeszłorocznych perypetiach przy zajściu ze Stoha Marmaroskiego nic nas nie jest w stanie zaskoczyć. W Zaroślaku postanawiamy zostać na jeszcze jedną noc, żeby się trochę podsuszyć.
A nazajutrz znowu leje. Pakujemy się i wyjeżdżamy przez Ilczi, Dzembronię do Szybenego. Stamtąd chcemy wyjść na granicznego Stoha albo na Popa Iwana czarnohorskiego. Droga jest koszmarna, 30 km jechaliśmy dwie godziny. W Szybenem posterunek straży granicznej, gdzie dokładnie nas spisują i pozwalają jechać dalej. Niestety, stan drogi na to nie pozwala.
Zostawiamy samochody, zabieramy namioty i jedzenie, i wyruszamy w górę potoku. Z początku idzie się dobrze. Znagleźliśmy resztki klauzy na Pohorylcu. Kiedyś służyła do spławiania drewna i była jedną z wielu w tej części Karpat. Robimy zdjęcia i idziemy dalej. Oczywiście, trafiła nam się znowu burza, ledwo zdążyliśmy rozbić namioty, aby się schronić. Przeczekawszy ją, idziemy w górę rzeki (niemałej po burzy), oczywiście mostów nie ma a droga, co rusz, przeskakuje z jednej strony rzeki na drugą, zmuszając nas do karkołomnych przepraw. W końcu wychodzimy na połoninę, gdy już zapada zmrok. Trafiamy na słupki dawnej granicy polsko-czechosłaowackiej i tu rozbijamy namioty.
Odważniejsi w świetle latarek pobiegli na tego nieszczęsnego Stoha, my pilnujemy namiotów. Pójdziemy rano.
Rano znowu …leje i świata nie widać. Miny nam rzedną, wszak to już sobota i trzeba wracać do domu. I taką też podejmujemy decyzję. Jeszcze na pożegnanie Pop Iwan pokazał swoje ruiny i żegnamy się z Karpatami ukraińskimi.
Wracamy przez Zakarpacie. Droga prowadzi piękną doliną Czarnej Cisy między Czarnohorą a Świdowcem, podobną do odcinka drogi przez Tylmanową z tą różnicą, że dolina Czarnej Cisy jest węższa a mieści się w niej droga asfaltowa i kolejowa, i wioski. Wjeżdżając na Zakarpacie, wjeżdża się do innego świata: domy piękne, zadbane, przy każdym altana z winorośli jest jakby symbolem obfitości, i na ulicy trochę mniej śmieci. Z drogi prowadzącej cały czas wzdłuż Cisy, która w tym miejscu jest rzeką graniczną, widać rumuński Sygiet Marmaroski.
Do granicy ukraińsko-słowackiej w Użhorodzie dojeżdżamy już wieczorem, a tu niespodzianka – przejście graniczne dla samochodów osobowych jest nieczynne, trzeba jechać czterdzieści kilometrów na północ do następnego, w Wielkim Bierioznym. Deszcz leje jak z cebra a tu kolejka samochodów, że aż strach. Wypadło nam stać w niej 6 (słownie: sześć) godzin – to wprost skandal! Ale Słowacy skrupulatnie muszą sprawdzić każdy samochód. Ten incydent zepsuł całą atmosferę wyjazdu. Chcieliśmy sprawdzić jak wygląda Zakarpacie i stosunki słowacko-ukraińskie? To mamy za swoje. Jesteśmy okropnie zmęczeni i resztkami sił przejeżdżamy przez Słowację – byle do łóżka w Polsce.
I do następnego razu…….(oprócz takich przejść granicznych!!!)

Ula Kocik, 2007-07-29

Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.