Grań Mischabell

„Swobodna jest moja dusza,
Nikt jej skrępować nie zdoła”
/Jan Kasprowicz/

Grań Mischabel

„Santa Maria…” – dwaj Włosi kontynuują rozpoczętą  modlitwę, kiedy wchodzimy na grańkę szczytu Nadelhorn (4327 m n.p.m.). Choć na wierzchołku miejsca starcza dla dwóch i tak pomagają sobie w utrzymaniu równowagi chwytając się konstrukcji wznoszącego się nad nami żelaznego krzyża. Nasza czteroosobowa grupka i pozostali Włosi wtórujący w modlitwie przyczaili się od strony Stecknadelhornu i Lenzspitze w skalno-śnieżnych ostrogach bezpośrednio wyprowadzających na wierzchołek.
Włosi są niezwykle uczynni, ułatwili mam na ostatnich dwóch wyciągach asekurację pozostawiając tzw. ekspresy i znacząco poprawiając w ten sposób czas naszego wejścia. A tu jeszcze głośna modlitwa, a później od nich słowa jak przesłanie, słowa, które tak nas zawsze budowały, o których coraz częściej zapominamy. „Grande Papa Polacco” – mówią zwracając się do nas i przypominają nam naszą wielką polską dumę – jakże w tych naszych wewnętrznych narodowych rozrachunkach zapominaną. Schodzą. A my kolejno zawłaszczamy wąski i nieprzyjazny czubek góry,  który uniemożliwia  wygodne rozpasanie się na szczycie. Pozostajemy związani liną i utrzymujemy asekurację.
Kiedy w ubiegłym roku byliśmy po drugiej stronie tej doliny (Saastall), z tęsknotą patrzyliśmy na zachód  w kierunku  strzelistych ścian ośmiu czterotysięczników tworzących  grupę Mischabel: od Alphubel po Durrenhorn, a w części północnej z granią Nadelgratt złożoną z czterech czterotysięcznych szczytów. Perełki dodane  do uroku „mischabelek” to  piękne piramidy Teschornu, Domu i Lenzspitze. Z trudem wówczas dostrzegaliśmy ledwo widoczne w oddali, usytuowane w linii spadku wschodniej grani Lenzspitze schronisko Mischabel Hut. Biegaliśmy wzrokiem po grańkach oraz wypełnionych śniegiem i lodem  zagłębieniach terenu wypatrując drogi dojścia do schroniska. W wyobraźni wyznaczaliśmy także kierunki podejść na poszczególne szczyty.
Zdjęcie zrobione w towarzystwie naszych przyjaciół z Bochni ze stoków Weissmiesa na oświetloną grań Mischabel było motywem przewodnim na ten rok. To nasze wspólne zamierzenie powstałe w sierpniu ubiegłego roku  potrzebowało jedynie w czerwcu 2007  drobnej iskierki, aby wybuchło i zapadło w nas:  jedziemy  – spróbujemy – może się uda – postaramy się, bo warto.  A dzisiaj spełniamy nasze kolejne marzenia i nic nie jest już w stanie nam odebrać tego miejsca, spędzonego czasu, wiary w siebie i  pokonywania swoich słabości,  przyjaciół, z którymi jesteśmy, szacunku dla gór. Zdajemy sobie sprawę, iż to kolejny podarunek od losu, po który tylko trzeba było się schylić, trochę wytężyć ciało i ducha,  podjąć trud, zaryzykować i (czy  się udaje, czy też nie) nigdy nie żałować. A jednocześnie mamy świadomość swej małości wobec otoczenia, które przygniata obszarem i niedostępnością. I jest w nas ta autentyczna radość wewnętrzna, ta najmniej okazywana (bo droga powrotna wymaga koncentracji, odpowiedzialności  i powagi, radości, że znów los nam podarował ten ogrom doznań, że mamy pogodę, widoki, przyjaciół, radość bycia, spełnienie, chwile zadumy i refleksji .
Włosi schodzą jednak bardzo wolno. Końcowe wyciągi  szczytowe prowadzą śnieżno-lodowymi i ostrymi skalno-lodowymi żebrami, a przy zejściu sprawiają im znacznie więcej  kłopotu. Za to mamy czas na wierzchołku dla naszej grupy. Widok stąd na pewno nie jest tak fascynujący jak np. z  Domu czy Alphubela, gdyż znajdujemy się właśnie na części najbardziej eksponowanej i przewieszonej grani. Rozłożysty Dom ogranicza nam widok a wygląda od tej strony jak wielka góra nasypanego śniegu choć jest ponad sto metrów wyższy więc też skutecznie zasłania Dolinę Mattertal ze sztandarem tego regionu i doliny-Matterhornem.  Analizujemy podejście na Dom. Wydeptane ślady wskazują, iż droga jest poprowadzona bardziej środkową częścią ściany w stosunku do tego, jak kilka lat temu tam wychodziliśmy. Z tej strony ściana ta zatraciła grozę i nie wydaje się już aż tak trudna i tak wysoka – ale mamy w pamięci to długie i mordercze podejście na szczyt z Randy przez  biwak nad schroniskiem Dom Hut. Natomiast grań w kierunku Lenzspitze jest imponująca.  Janki wypatrują bacznie śladów na grani i dedukują szanse przejścia – czy też były czy nie? Jakie są szanse jej pokonania od ostatniego kilkudniowego opadu śniegu? Nie widzimy, więc jutro chyba nie ten kierunek, grań jest mocno zaśnieżona i wszystkie jej uskoki będą wymagały przekopywania się przez śnieg, poszukiwania stopni i chwytów – pełna zima.
Patrzymy w kierunku oddalających się Włochów i oni są niesamowici –robią nam kolejną przysługę: nie musimy się martwić o przygotowanie stanowisk asekuracyjnych podczas zejścia. Znowu wyjątkowo uczynni, pozbawieni wszelkich uprzedzeń, zostawiają punkty asekuracyjne tak na stanowiskach, jak i na przelotach – w tych najtrudniejszych miejscach.
Mamy więc czas. Robimy zdjęcia, gratulujemy sobie i szczególne uznanie wyrażamy naszemu „Profesorowi”, który w dwójkowym „Zespole Chemików”, z Janem, po raz pierwszy pokonuje barierę 4000 m i to gdzie, i w jakim stylu! Profesor wykazuje się doskonałą kondycją  i determinacją, która powinna służyć za wzór innym młodszym i znacznie bardziej chętnym do okupowania biwaków niż poszukiwania mocnych wrażeń osobom.
Jeszcze raz spojrzenie na granie, na przebłyskujące w dali miejsca ubiegłorocznych doznań, szczyty Laginhornu i Weissmiesa, i świeże jeszcze w pamięci, bo sprzed kilku dni, spotkanie z Fletschornem. Te doznania umacnia fakt, że absolutnie nic nie jest dane, nic nie można przewidzieć i trzeba liczyć często na łut szczęścia, mieć trochę farta i choć trochę zdrowego rozsądku, aby ten miks dał efekt na miarę możliwości, a pęd do poznania zakończył się sukcesem mierzonym spełnionymi zamierzeniami i  marzeniami.
Cdn.
Barbara Sznajder, 2007-12-08

Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.