Grań Mischabel cd.

Grań Mischabel cd.

Dokładnie pięć dni temu wyruszyli Jany we dwójkę, aby przyspieszyć to, co miało być nam wszystkim jako zespołowi dane – no przecież w układzie dwójkowym, w takim mobilnym zespole z dobrą aklimatyzacja i sprawdzoną wydolnością w lot jest to do zrobienia, po co czekać. Po wspólnym grupowym Fletschornie (prawie czterotysięczniku) czując  nieodpartą potrzebę natychmiastowego wyjścia w góry, wyszli  niezwłocznie w kierunku Mischabel, aby grań i cel naszego wyjazdu „nie uciekła”.
Choć pogodę zapowiadano niepewną, zaraz po południu podążyli w kierunku schroniska Mischabel mając zamiar oczywiście biwakować już na lodowcu – znacznie powyżej schronu. Po godzinie od wyjścia z Saas Fee (miejscowości, do której dociera się autobusem)  pogoda z lekkiego słonecznego zaduchu zmieniła się w siąpiący, a później nasilający się  deszcz, który następnie przerodził się w totalną ulewę. Kiedy przekraczali poziom ok. 2500 wraz z podmuchami wiatru zaczęły się pojawiać kryształki lodu, co kilkadziesiąt metrów powyżej uzupełniła śnieżna zamieć. Klucząc po ostrej grani  w dużej części  ubezpieczonej łańcuchami i klamrami z 10 metrową drabiną (droga przypominająca dolomitową  Via Ferratę),  zmagając się ze śnieżycą, wieczorem dotarli do schroniska Mischabel Hut. Hatier, starszy  doświadczony Szwajcar ocenił prostym gestem przy użyciu głowy i palca racjonalizm ich przybycia, wydumane plany zbył kiwaniem głową, a resztę wyjaśnił słowami – macie przez kolejne 4 dni taką pogodę jak dzisiaj, a już teraz  na lodowcu Hohbalm  jest nasypane świeżego  śniegu po pas, a będzie jeszcze więcej. Nie mówiąc o wietrze, który szaleje  na przełęczy. Przełęcz Windjoch to kierunek, który zamierzaliśmy wybrać idąc na grań Nadelgrat. Rozsądek zwycięża. Zostali w schronisku, a rano choć wydarli cały sprzęt biwakowy i zapas żywności na wiele dni, zeszli znowu w śnieżnej zamieci z tym wszystkim z 3400 na 1600 – och jak żal, żebyśmy chociaż byli pewni, że tu wrócimy to pozostawilibyśmy część sprzętu  – narzekali po zejściu w dolinę Saastal do Saas Grund, ale…

Wróciliśmy. I co z tego, że trzeba było targać z powrotem to wszystko do góry, do biwaku, na pole  lodowca na ok. 3600 m. Teraz po wyjściu na Nadelgrat nie ma żadnego znaczenia, jest zadowolenie, zmęczenie prysło, za to weszła rozkosz i smakowanie zwycięstwa . A co jutro? Niedziela. Zakładamy, że zejdziemy w taki sposób, aby zdążyć do Kościoła w Saas Balen na godz. 19:30. Jeśli pogoda się utrzyma (wczoraj nasz stary znajomy Hatier, kiedy przechodziliśmy koło schroniska, pokazywał nam barometr i mówił, że będzie dobrze, przynajmniej przez dwa kolejne dni ), jutro pójdziemy na dalszą część grani Mischabel.
Charaktery mamy niezmienione, wychodzimy na szczyt, degustujemy się widokami i kiedy przychodzi czas zejścia w dół, czy ze szczytu, czy w ogóle z gór – czas powrotu – zaraz kombinujemy, co dalej – najpierw rozmyślania indywidualne, później delikatne rozmowy zaczepne i poszukiwanie wzajemności, a później jedno wspólne stwierdzenie. Jutro – oczywiście jak Bóg da – idziemy na dalszy odcinek grani Mischabel przez Stecknadelhorn i dalej. Zobaczymy, dokąd dojdziemy. Byle była pogoda. Po przyjęciu takich optymistycznych planów, pozostaje zejście z Nadelhornu. Nie startujemy od razu. Dalej patrzymy, a nasi Włosi naprawdę tempo zejścia mają bardzo wolne. Jaką ma siłę wewnętrzną, spokój i determinację ich przewodnik. Na szczycie się nie spieszył, chociaż grupa, mimo że dobrze wyposażona, do najmocniejszych nie należy. A on spokojnym głosem cały czas przy zejściu mówi, doradza, chyba dodaje otuchy, bo w jego głosie nie ma wyrzutów, ponagleń, pośpiechu, zdenerwowania. Głos spokojny czysty wyraźny i jednocześnie stanowczy z nutką dobrotliwości – kapelan czy jakiś mentor, kto zacz  – nie rozszyfrowaliśmy. Czyli nie śpieszmy się.
Patrzymy jeszcze raz na otaczające granie rozświetlone  popołudniowymi promieniami słońca. W  nas jest dużo więcej niepokoju niż w południowcach z Włoch, tak jakoś jesteśmy zawsze spięci, chcemy szybko coś zaliczać następnego, szybko wejść i zejść – tutaj pobieramy lekcję tolerancji i odpowiedzialności,  uczmy się spokoju, pokory, możemy poznawać i przeżywać to tu, w tym miejscu i w tym czasie – ochłodziły się nasze głowy, uspokoiły nas wyważone, nieśpieszne kroki Włochów. Korzystajmy i uczmy się od nich – a właściwie ze zdziwieniem zauważamy że…oni przypominają nam to, co w nas kiedyś było takie mocne – odpowiedzialność za osoby, przy poznaniu człowieka –  akceptowanie jego słabości z założeniem skuteczności w wspólnie realizowanym celu. Nasze pierwsze wspólne wyjazdy, a później większe wyprawy cechowała wielka zorganizowana współpraca przy planowaniu zamierzeń.  Koledzy wspominają wielomiesięczny trud, by odpowiednio przygotować wyjazd, osobiste zaangażowanie i pomoc, bez żadnych oporów oddawania całego wolnego czasu dla realizacji wspólnych wypraw. To był może inny wymiar i w innym czasie, ale skutek podobny – realizacja nałożonego celu poprzez pomoc i współdziałanie, może nawet czasem  nadopiekuńczość. A teraz zhardzieliśmy i musimy pobierać lekcje: że czas musi być na wszystko i liczy się tolerancja,  wspólne działanie  i spojrzenie na innych.
Jeden z Włochów  wyraźnie odstaje od grupy – nikt mu tego nie wyrzuca – spokojnie czekają, aż przejdzie kolejne odcinki, podpowiadają i uspokajają, nie ma komentarzy i złośliwych docinków – uczmy się w górach – mówi Profesor, a spektrum jest wielkie od filozofii do tolerancji, od wyczynu do zachwytu, od zdziwienia do zazdrości – oni tak mogą to i my spróbujmy, a chemia – niech każdy zrobi z niej użytek wedle własnego uznania, byle kierowała nasze działania na sprawy potrzebne i zasadnicze, przyczyniała się do rozwiązywania problemów, wiązała ludzi.
Rzeczywistość wraca i będzie dręczyć nasze rogate dusze, będzie twardsza, gdy ich (Włochów) wreszcie wyprzedzimy i popędzimy przed siebie, nie wiadomo dlaczego tak szybko, nie wiadomo za czym biegniemy, bo przecież oni muszą przynajmniej zejść do schroniska, a my mamy bazę już blisko, nieco poniżej przełęczy Windjoch, na lodowcu Hohbalm. Ech, mimo wszystko stajemy się znowu zagonieni sobą i zatroskani – pewnie znowu jutro, tam na górze znowu coś nas na kilka sekund, może minut olśni i pozbawi drapieżnej egoistycznej natury, aby się delektować, rozkoszować przeżywać, a później i wracać.
Dzisiaj wróciliśmy. Baza na lodowcu Hohbalm czeka z ciepłem śpiwora, niezapomnianą herbatą aromatyzowaną smakiem wody ze topionego śniegu. Dalej pracuje maszynka butanowa, bo topimy i topimy duże ilości śniegu, płyn wlewamy do butelki i butelkę do śpiwora, aby rano podgrzewanie trwało krócej. Bo przecież – cholera – zawsze nam się spieszy i musimy wcześnie wstać, i dużo, dużo  zrobić, aby zdążyć, aby dogonić to, co niedogonione i niemożliwe do osiągnięcia w prosty sposób, ale przecież tak musimy…bo … góry czekają. Nasz krnąbrny charakterze. Nic cię nie zmieni…w góry, bez zastanowienia w góry…
Aha, jeszcze wieczorne, a później poranne spojrzenie na otoczenie…Znowu jest inaczej, radośnie, choć groźnie, ale dusza znowu unosi nas tam  – w kierunku rozświetlonego nieboskłonu. „Pater noster” – odmawiamy my, Polacy, ale w ciszy – otworzymy się na siebie kiedy indziej – maniana.

Barbara Sznajder, 2007-12-26

Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.